MelinaMelina Laboucan-Massimo stoi obok drzew wyciętych na obszarze, gdzie ma odbywać się eksploatacja piasków roponośnych, na północ od Fortu McMurray, północna Alberta, Kanada. Autor zdjęcia: Jiri Rezac.

W odległej części północnej Alberty w Kanadzie od niepamiętnych czasów żyje plemię Lubicon Cree. Cree nazwało ogromny, porośnięty sosnami region niyanan askiy („naszą ziemią”). Kiedy biali osadnicy pierwsi podzielili kraj, zawarli układy z większością rdzennych mieszkańców – z niejasnych przyczyn plemię Lubicon Cree zostało wtedy pominięte. Po dwustu latach ich prawo do tego terytorium jest ciągle nieuznawane. W trakcie ostatnich czterech dekad przemysł intensywnie eksploatował ogromne bogactwa naturalne znajdujące się głęboko pod sosnami. Dzisiaj ok. 2 600 szybów naftowo-gazowych rozciąga się na horyzoncie rozległej krainy piasków roponośnych.

W 2012 roku przed amerykańskim kongresem trzydziestoletnia Melina Laboucan-Massimo, działaczka na rzecz Lubicon Cree, opisała dewastację krainy swych przodków spowodowaną jednym z największych w historii Alberty wyciekiem ropy. „To co zobaczyłam, to krajobraz na zawsze zniszczony przez ropę, która spustoszyła ogromne połacie ziemi, gdzie moi przodkowie od pokoleń polowali, zastawiali sidła oraz zbierali jagody i zioła”.

„Będąc u siebie, czujemy się całkowicie izolowani”, mówi Laboucan-Massimo, która poświęciła dorosłe życie na obronę prawa swojego plemienia do ziemi i walkę z bezwzględną ekspansją przemysłu wyniszczającego naturalne środowisko i prowadzącego do ubóstwa rdzennej ludności. Plemię Lubicon toczy ciężką batalię, a jego historia – naznaczona przez eksploatację zasobów naturalnych, biedę, izolację, ale także długotrwały opór – odbija się szerokim echem pośród rdzennych wspólnot na całym świecie. Laboucan-Massimo i inni aktywiści stoją na czele coraz potężniejszej sieci ruchów rdzennych społeczności z całego świata.

Potęga ta manifestuje się w inicjatywach takich jak ruch Dość Bezczynności, który zaistniał w Kanadzie w grudniu minionego roku i wywołał falę solidarności prawie na każdym kontynencie. Laboucan-Massimo była zdziwiona, a zarazem pełna nadziei. Dość Bezczynności ściągnął tysiące ludzi na ulice, gdy władze Kanady ograniczyły prawa rdzennych mieszkańców i zniosły ochronę prawie wszystkich rzek w kraju, co z kolei dało zielone światło dla wydobycia paliw kopalnych na niespotykaną dotąd skalę. Doszło do osobliwego mariażu tradycji i nowoczesnych technologii, gdy zdjęcia odzianych w tradycyjne stroje rdzennych mieszkańców obiegły serwisy informacyjne na całym świecie.

Historia sprzeciwu

Osobom niewtajemniczonym wydaję się, że ruch Dość Bezczynności pojawił się spontanicznie i od razu był dobrze zorganizowany. Historia Dość Bezczynności to jednak długa historia oporu wobec kolonializmu, który pojawił się, gdy pierwsi Europejczycy stanęli na tych ziemiach. Do tej pory osamotnione ruchy od Kanady po Amerykę Południową – obecnie uzbrojone w Twittera i Facebooka – wymieniają się między sobą wiedzą i doświadczeniem oraz wspierają nawzajem jak nigdy przedtem.

Ruch Dość Bezczynności jest – jak to kiedyś powiedział Subcomandante Marcos, zamaskowany prorok meksykańskich zapatystów – jednym z licznych „ognisk oporu”. Zapatyści są częścią fali ruchów rdzennych mieszkańców, która pojawiła się w Ameryce Południowej w latach dziewięćdziesiątych, zbiegając się z 500. rocznicą europejskiego podboju – zwłaszcza w Boliwii, Ekwadorze i Meksyku. Wszystkie te odosobnione powstania łączy to, że są w dużej mierze pokojowe, zdecentralizowane, poszukują wspólnych celów z osobami z „zewnątrz” i wykazują głębokie, duchowe przywiązanie do ziemi.

Związki pomiędzy działaczami na rzecz rdzennych społeczności zacieśniły się za sprawą wspólnej kolonialnej historii, jak i wspólnego zagrożenia – neoliberalnej polityki ekonomicznej, polegającej na deregulacji, prywatyzacji, cięciu wydatków na cele socjalne, których ucieleśnieniem jest Północnoamerykańskie Porozumienie Na Rzecz Wolnego Handlu (NAFTA) oraz Światowa Organizacja Handlu (WTO). Działacze społeczni określają te porozumienia mianem starej kolonialnej przepychanki o dobrobyt kosztem rdzennych mieszkańców. W 1997 roku na łamach „Le Monde Diplomatique” Marcos nazwał neoliberalizm „totalitarnym przedłużeniem logiki rynków finansowych na wszystkie aspekty życia”, skutkującym „wykluczeniem wszystkich osób, które nie są użyteczne dla nowej gospodarki”. Aktywiści zarzucają, że polityka forsowana przez takie instytucje jak Bank Światowy czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy stawia korporacje ponad lokalnymi wspólnotami i prowadzi do dalszej koncentracji władzy w rękach małej grupy.

Powstanie w Ekwadorze

W latach dziewięćdziesiątych nastąpiła ekspansja tego typu polityki – a także wzrost sprzeciwu wobec niej, szczególnie w krajach o dużej populacji rdzennych mieszkańców. W 1990 roku CONAIE, czyli Konfederacja Autochtonicznych Narodowości Ekwadoru, zorganizowała masowe, pokojowe levantamiento – powstanie – zalewając ulice Quito, blokując drogi i skutecznie paraliżując cały kraj. Całe rodziny maszerowały kilka dni, żeby dostać się do stolicy i domagać się praw do ziemi, uczciwych cen za produkty rolne, a także uznania Ekwadoru za państwo wielonarodowe, złożone z wielu równych wobec prawa narodów. Levantamiento ostatecznie zmusiło władze do renegocjacji ustaleń z międzynarodowymi instytucjami i doprowadziło do utworzenia pierwszej reprezentacji rdzennych społeczności we władzach. Wiele osób zaczęło stawiać sukces CONAIE za wzór do naśladowania.

Slogan CONAIE „Nie tylko dla Indian” zachęcił nietubylczych sojuszników do włączenia się w działalność na takich obszarach jak nierówności społeczne i reprezentacja polityczna. Powstała przestrzeń polityczna, która była inkluzywna i wystarczająco duża dla wszystkich chcących się zaangażować. Dr Maria Elena Garcia – która zajmuje się badaniem ruchów społecznych na Uniwersytecie Waszyngtona – mówi, że wsparcie ze strony osób spoza rdzennych społeczności ma zasadnicze znaczenie dla sukcesu różnych inicjatyw. W przypadku CONAIE decydujący zwrot jej zdaniem nastąpił, gdy „większość Ekwadorczyków (…) powiedziała: dość! Ta organizacja przemawia w naszym imieniu”.

Zapatyści
Dość Bezczynności jednoznacznie nawiązuje do tradycji zapatystów, jednak idzie o krok dalej, włączając do swego przekazu temat sprawiedliwości klimatycznej. W grudniu ubiegłego roku prawie 50 tys. zapatystów przemaszerowało przez miasta w stanie Chiapas. W odróżnieniu od zbrojnego powstania z 1994 roku przemarsz odbył się w całkowitym milczeniu.

Armia zapatystowska

Ruch zapatystów w Meksyku był zajęty przygotowywaniem rewolucji innego typu. 1 stycznia 1994 roku Zapatystowska Armia Wyzwolenia Narodowego poinformowała o swoim istnieniu międzynarodową opinię publiczną. Był to pierwszy dzień obowiązywania NAFTA, co Subcomandante Marcos nazwał „wyrokiem śmierci na rdzennych mieszkańców Meksyku”. W większym stopniu niż inne ruchy powiązali lokalne problemy – takie jak kulturowa marginalizacja, rasizm oraz nierówności społeczne – z globalnymi systemami ekonomicznymi i przepowiedzieli pojawienie się nowego ruchu sprzeciwu. Świadomi roli mediów rewolucjoniści użyli swej najpotężniejszej broni – słów – oraz dopiero rozwijającego się Internetu do głoszenia nowego świata opartego na różnorodności jako kluczu do ekologicznego i politycznego przetrwania. Zapatyści od początku podkreślali swój ponadnarodowy charakter i znaleźli wspólne cele z „ogniskami oporu” na całym świecie.

Potem nastąpiła ciekawa zmiana. Przez 10 lat od momentu pierwszego powstania zapatyści zachowywali dobrowolne milczenie. Świat słyszał niewiele od Marcosa, ale społeczność w Chiapas była bardzo aktywna. Utworzono własny samorząd, szkoły i szpitale. Jak stwierdziła dziennikarka i pisarka Naomi Klein: „Te wyzwolone przestrzenie – zrodzone na odzyskanej ziemi, z kolektywnym rolnictwem, sprzeciwiające się prywatyzacji – staną się ostatecznie przeciwwagą dla władzy państwowej”. Urzeczywistniają tu i teraz społeczeństwo, o które walczą – a to potężny manifest. Dla każdego, kto starał się ich słuchać, milczenie to mówiło wiele.

Zwycięstwo w Boliwii

Większość tych ruchów używa z większym lub mniejszym powodzeniem takich pokojowych środków jak blokady, okupacja przestrzeni publicznej i masowe marsze w połączeniu z tradycyjną pracą polityczną. W Boliwii taktyka ta dała nadzwyczajne rezultaty – w 2005 roku na urząd prezydenta wybrano po raz pierwszy Indianina Evo Moralesa.

Pięć lat później Morales zgromadził 30 tys. delegatów na Światowej Konferencji na temat Zmian Klimatu oraz Praw Matki Ziemi. Spotkanie było odpowiedzią na powtarzające się fiasko międzynarodowych negocjacji dotyczących klimatu i opierało się na przekonaniu, że Matka Ziemia jest żywą istotą z własnymi niezbywalnymi prawami.

Deklaracja, stworzona w wyniku konferencji, jednoznacznie obwiniła system kapitalistyczny, który narzuca „logikę konkurencji, postępu i nieograniczonego wzrostu”. Niczym nieograniczony wzrost, mówi deklaracja, przeobraża „wszystko w towar: wodę, ziemię, ludzki genom, kulturę przodków, bioróżnorodność, sprawiedliwość, etykę, ludzkie prawa i życie samo w sobie”. Znamienne jest, że deklaracja rozszerzyła również analizę kolonializmu do zmian klimatycznych – wzywając do „dekolonizacji atmosfery” – jednak odrzuciła ona rozwiązania oparte na wolnym rynku takie jak handel emisjami. Ta całościowa analiza – łącząca kolonializm, zmiany klimatu oraz kapitał – jest swoistym manifestem „sprawiedliwości klimatycznej”.

„Dość Bezczynności”

Przenieśmy się do grudnia 2012 roku. Zapatyści zorganizowali wtedy marsze jednocześnie w pięciu miastach, co było sygnałem, że ponownie rozpoczęli działalność publiczną. Od 10 tys. do 50 tys. demonstrantów w maskach wyszło na ulice w kompletnym milczeniu. Termin marszu został ustalony tak, aby zbiegał się z końcem kalendarza Majów – i zarazem z początkiem nowej, bardziej optymistycznej ery – i demonstrował oddanie zapatystów dla kosmologii swych przodków.

Również w grudniu, na innym kontynencie, pojawił się ruch Dość Bezczynności. Początkowo był reakcją na dwie konkretne ustawy w parlamencie, ale zyskał na znaczeniu, sprzeciwiając się planom budowy sieci rurociągów, które poprzecinają Amerykę Północną, pompując piaski roponośne z Alberty do rafinerii i portów w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych. Rurociągi te przetną granice państwowe, plemienne, stanowe oraz etniczne i wywołają mnóstwo problemów – związanych z jakością wody, prawami do gruntów, a także zmianami klimatycznymi. Kampania przeciw ich budowie już teraz łączy tubylców i nietubylców w niespotykany wcześniej sposób.

Dr Garcia, której przodkowie byli autochtonami, wierzy, że ruchy tubylcze dają coś bardzo ważnego – nadzieję. Poza tym „kładą nacisk na to co wyobrażone. Wyobrażanie sobie innego świata – wyobrażanie innego sposobu życia na świecie”.

„Jesteśmy blisko związani z ziemią, ale tu chodzi o coś więcej. To światopogląd. Kiedy niszczysz ziemię, niszczysz samego siebie”, mówi Melina Laboucan-Massimo. Jest to „coś wspólnego dla wszystkich rdzennych społeczności na całym świecie”.

Tak dochodzimy do sedna naszego globalnego kryzysu ekologicznego. Chociaż tubylcze kultury znacznie się od siebie różnią, to łączy ich taki sam stosunek do ziemi, jej zasobów oraz siebie nawzajem – relacja oparta nie na dominacji, lecz na wzajemności. Każdy ruch, który dąży do głębokiej i trwałej zmiany społecznej – stawiający czoła nie tylko zmianom klimatu, ale również rasizmowi i społecznym nierównościom – musi zmierzyć się z naszą kolonialną tożsamością oraz z tymi zniszczonymi relacjami.

Laboucan-Massimo spędziła większość czasu za granicą, badając ruchy autochtoniczne od Ameryki Łacińskiej do Australii i Nowej Zelandii, dostrzegając wszędzie piętno kolonializmu. Obecnie częściej jest jednak w drodze, edukując, organizując i budując solidarność pomiędzy tubylcami i nietubylcami. Uświadomienie sobie powiązań pomiędzy ruchami dało jej – jak sama mówi – „większy zapał, aby wrócić i kontynuować pracę tutaj”.

Ostatnio odbyła podróż z Alberty do National Mall [obszar chroniony położony w Waszyngtonie; oprócz terenów zielonych, znajdują się na nim takie obiekty jak muzea Instytutu Smithsona oraz pomniki – przyp. tłum.], gdzie ona i starsi członkowie plemienia stanęli na czele największego w historii wiecu dotyczącego zmian klimatycznych. Nie przestanie działać, uzbrojona w smartfona, wspierana przez stale rosnącą sieć sojuszników z ruchu Dość Bezczynności i nie tylko, łącząc się z resztą świata w każdy możliwy sposób.


Kristin Moe napisała ten artykuł do numeru magazynu YES! Magazine zatytułowanego „Miłość i Apokalipsa” (lato 2013 roku). Kristin jest pisarką, farmerką, a także absolwentką Salt Institute for Documentary Studies. Pisze o sprawiedliwości ekologicznej, oddolnych ruchach oraz zmianach społecznych.

Tekst jest tłumaczeniem artykułu, którego oryginał znajduje się pod adresem: http://www.yesmagazine.org/issues/love-and-the-apocalypse/mother-earth-at-the-heart-of-it i dostępny jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 3.0 Unported.

Licencja Creative Commons