Wielu z nas irytuje inwazja reklam w przestrzeniach miejskich.  Centra miast, które powinny być wizytówką są oszpecane przez jaskrawe i tandetne billboardy reklamowe. Czy nie należałoby zacząć walczyć z tym zjawiskiem? Otóż w Polsce istnieje stowarzyszenie, które właśnie taką walkę podjęło.

Organizacja „Miasto Moje A w Nim” powstała w 2007 roku w Warszawie na gruncie sprzeciwu wobec chaosu wizualnego w przestrzeni miejskiej, spotęgowanego przez wszechobecne komunikaty reklamowe – od ulotek naklejanych na słupach po wielkoformatowe siatki zasłaniające budynki – W pewnym momencie coraz częściej i coraz mocniej doświadczaliśmy niemal nieograniczonych możliwości ingerencji „outdooru” w nasze otoczenie. Chcemy zadbać o jak najwyższy poziom edukacji społecznej, wyjaśniającej, że uporządkowanie przestrzeni to nie tylko czyste doznania estetyczne. Działania te sprzyjają między innymi budowaniu ich poczucia zadomowienia, co rodzi z kolei konkretne korzyści dla gmin. Chcemy, aby edukacja wiązała się też z aktywizacją – znajomością swoich praw i korzystaniem z nich – twierdzi Aleksandra Stępień, obecna prezes stowarzyszenia.

Ulotka stowarzyszenia

Ważne cele

Jak zapewnia nasza rozmówczyni, w momencie kiedy stowarzyszenie było zakładane w Polsce nie było jeszcze żadnej inicjatywy, która by podejmowała taką tematykę – Tworzyliśmy pewne wzorce od zera. Właściwie to „Miasto Moje A W Nim” nadało debacie o outdoorze w polskich miastach konkretny kierunek. Teraz jest kilka grup i stowarzyszeń, dla których temat ładu w przestrzeni miejskiej jest kluczowy, ale jeszcze parę lat temu byliśmy w tym osamotnieni – mówi.

Jak czytamy na stronie internetowej stowarzyszenia obrona przed zawłaszczeniem przestrzeni miejskiej przez tzw. outdoor wiąże się dla członków tej inicjatywy również z podnoszeniem poziomu jakości życia mieszkańców miast, gdyż przyjazne otoczenie sprzyja lepszemu samopoczuciu i efektywniejszej pracy. Ponadto według członków stowarzyszenia miasto z uporządkowaną przestrzenią publiczną jest atrakcyjniejsze pod względem turystycznym i marketingowym. Jednocześnie kolektyw zastrzega, że nie dąży do tego, aby całkowicie usunąć reklamy z miast, lecz żeby ograniczyć ich ilość, a także nadmierne uprzywilejowanie „outdooru”.

Cele wydają się być jak najbardziej słuszne, ale w jaki sposób są one realizowane? –  Organizujemy wykłady w szkołach, happeningi, akcje społeczne i edukacyjne, wspieramy lokalne inicjatywy, tworzymy bazy wiedzy. Warto zaznaczyć, że byliśmy obecni podczas tegorocznego festiwalu „Warszawa W Budowie” – nasze materiały zostały wykorzystane przy tworzeniu wystawy „Miasto na sprzedaż”, współorganizowaliśmy warsztaty adbustingowe, przygotowaliśmy i prowadziliśmy jedną z ważniejszych debat festiwalu pt. „Reklama i mieszkańcy w przestrzeni publicznej”. Owocem działalności stowarzyszenia jest także zorganizowanie w 2008 roku wystawy w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie, która de facto rozpoczęła publiczną debatę w Polsce na temat inwazji reklam – wymienia Aleksandra Stępień.

„Polski outdoor” – publikacja stowarzyszenia ukazująca skalę degradacji krajobrazu Polski przez niekontrolowany zalew tzw. reklamy zewnętrznej. Album zawiera też diagnozę przyczyn obecnego stanu rzeczy i kompleksową propozycję działań naprawczych.

Trzeba mierzyć wysoko

Jedną z najważniejszych form działalności stowarzyszenia jest promowanie swoich idei oraz pomysłów wśród polityków – zarówno tych samorządowych, jak i parlamentarnych – Spotykamy się często z przedstawicielami władz miast oraz posłami. Lobbujemy również w ministerstwach, po to aby polski rząd stworzył ustawę, która w końcu uregulowałaby obecność reklam w przestrzeni publicznej w Polsce. W tym celu bardzo często szukamy posłów, którzy byliby zainteresowani składaniem stosownych interpelacji w naszym imieniu. W efekcie w 2009 roku zaproszono nas do uczestnictwa w obradach w sejmowej komisji „Przyjazne Państwo”. Komisja ta skierowała do Prezesa Rady Ministrów dezyderat z wnioskiem o stworzenie ustawy porządkującej rynek reklamy zewnętrznej w oparciu o nasze pomysły i postulaty. Ukazały się one w wydanym przez nas albumie „Polski Outdoor” autorstwa mojego i Marcina Rutkiewicza, którego głównym celem było ukazanie skali degradacji krajobrazu miejskiego przez reklamy. Niestety pomimo zapewnień wiceministra Olgierda Dziekońskiego podczas Warszawskiego Okrągłego Stołu Reklamowego w 2009 roku, Ministerstwo Infrastruktury wycofało się z tych planów. Nie zamierzamy jednak zrezygnować z lobbowania na rzecz zmiany prawa – twierdzi Elżbieta Dymna, obok Marcina Rutkiewicza jedna z osób, która zakładała stowarzyszenie.

Członkowie stowarzyszenia rozumieją, że aby skutecznie promować swoje postulaty, należy współpracować nie tylko z politykami, ale również z osobami, które zawodowo zajmują się ładem przestrzennym i estetyką miejską oraz organizacjami pozarządowymi, które są im bliskie na płaszczyźnie ideowej – Architekci, urbaniści, plastycy miejscy – te grupy poparły nas chyba najmocniej. Współpracujemy z nimi przy bieżących problemach i czerpiemy od nich wiedzę o sytuacji w innych miastach.  Ponadto współpracujemy z takimi organizacjami pozarządowymi jak Forum Rozwoju Warszawy, czy inicjatywa „Łódź bez reklam”. Braliśmy też udział w tegorocznym Kongresie Ruchów Miejskich. W środowisku NGO’sów nie spotkaliśmy się nigdy z jawnymi zarzutami względem naszego działania – wręcz przeciwnie, jesteśmy bardzo dobrze odbierani – przekonuje Aleksandra Stępień.

Paweł Bujski, Zastępca Burmistrza Dzielnicy Bemowo, otwiera wykład Marcina Rutkiewicza ze stowarzyszenia Miasto Moje A w Nim, pt. „Reklama w Dzielnicy – Szanse i zagrożenia”

Złożony problem

Opisując działalność stowarzyszenia nie sposób nie zapytać się o to czy postulaty dotyczące sprzeciwu wobec komercjalizacji przestrzeni publicznej są pożądane w naszym kraju i czy łatwo dotrzeć z takim przekazem do Polaków –   Może zacznijmy od tego, że już w latach 50-tych. Mieczysław Jastrun zaklasyfikował Polaków jako dziwne społeczeństwo – z ogromną świadomością prywatnej własności, ale ze znikomą świadomością własności publicznej. Można się oczywiście nie zgadzać z takimi uogólnieniami, ale prawdą jest, że w naszym kraju wciąż pokutuje twierdzenie, że „na swoim terenie mogę robić, co mi się żywnie podoba!”. Transformacja ustrojowa pozwoliła rozkwitnąć temu twierdzeniu z pełną mocą. „Szarą komunę” zastąpiły kolorowe szyldy, pomysłowe reklamy, a my cieszyliśmy się, że jest jak na Zachodzie – bardziej żywo i radośnie. Konsekwencje tych procesów odczuwamy do dziś.  Prywatni właściciele budynku lub gruntu nie zastanawiają się nad istnieniem czegoś, co można by określić „wspólną przestrzenią wizualną”. Oczywiście częściowo za ten stan rzeczy odpowiada niska edukacja estetyczna społeczeństwa, ale też można tu zaobserwować pewne niezdrowe tendencje, które polegającą na przeświadczeniu przedsiębiorców, że skoro wszyscy się reklamują banerami na płotach czy budynkach, to on również z tego nie będzie rezygnował, bez względu na to, czy faktycznie wpłynie to na większe zainteresowanie klientów, czy nie. A jeśli zauważa, że faktycznie wszyscy tak robią, to wymyśli coś, co go wyróżni: ekran ledowy, jaskrawą blachę o niewyobrażalnych rozmiarach itp. Działania te „wspiera” również brak skutecznych regulacji w polskich prawie, brak odpowiednich narzędzi dla egzekwowania istniejących przepisów oraz brak wysokich kar, odstraszających od tego typu praktyk. Trzeba jednak przyznać, że od 2007 roku wiele się  zmieniło w kwestii świadomości Polaków odnośnie zalewu reklam w przestrzeniach miejskich. Dziś ona jest zdecydowanie większa, ale nadal widoczny jest brak wiedzy o metodach działania i o korzyściach, płynących z uporządkowanej przestrzeni. Jednak obecnie znacznie łatwiej dociera się z przekazem do ludzi, niż jeszcze kilka lat temu  – zauważa Aleksandra Stępień.

Jak w takim razie wygląda sytuacja w innych krajach Unii Europejskiej? Jest lepiej czy gorzej niż w Polsce? – Stowarzyszenie oczywiście monitoruje sytuację w innych krajach, nie tylko z UE. Tam problem komercjalizacji przestrzeni dostrzeżono już wcześniej i kontrola w dziedzinie reklamy zewnętrznej stoi w nich na znacznie wyższym poziomie, ale pomimo tego nie można powiedzieć, iż uwolniły się one od nadużyć. Na przykład w Paryżu jest zdecydowanie mniej billboardów niż w Warszawie ale budynki użyteczności publicznej bywają zaklejane przez wielkoformatowe siatki, a w metrze „citylighty” posiadają detektory ruchu, nagrywające zarys sylwetki przechodnia i badające, ile czasu poświęca na przyjrzenie się reklamie – ocenia nasza rozmówczyni.

Okropne, prawda? Tak właśnie wyglądających miast nie chcą członkowie stowarzyszenia Miasto Moje A w Nim.

Pomimo pewnych problemów z pełnym zaangażowaniem się w członków w prace stowarzyszenia związanych z tym, że mają oni swoje obowiązki zawodowe, a także ograniczeń finansowych, kolektyw patrzy z nadzieją w przyszłość –   W najbliższych miesiącach i latach  chcemy położyć nacisk na działania edukacyjne i społeczne, rozumiane jako warsztaty partycypacyjne, akcje w terenie (np. przy zrywaniu nielegalnych reklam z wiat przystankowych). Chcemy być jak najbardziej słyszalni i widzialni w przestrzeni miasta – będziemy kontynuować wizyty w  Komisjach Dialogu Społecznego, mamy zamiar organizować również happeningi. Zależy nam na podtrzymaniu roli partnera w dyskusji z osobami decyzyjnymi: władzami miast, branżą outdoorową. Dalej mamy zamiar „lobbować” za wprowadzeniem skutecznego prawa, co wiązać się będzie ze spotkaniami w dzielnicach, ratuszach miejskich oraz  Sejmie. Planujemy również podtrzymywać więzi pomiędzy innymi ugrupowaniami o podobnym profilu ideowym, po to aby nasze działania były skoordynowane, skuteczne i miały większą siłę przebicia – podsumowuje Aleksandra Stępień.

Bartosz Oszczepalski

Tekst ukazał się w listopadzie 2012 r. Zdjęcia opublikowane dzięki uprzejmości członków stowarzyszenia.

Strona internetowa stowarzyszenia: http://www.polskioutdoor.blogspot.com/

Profil na facebooku: http://www.facebook.com/MiastoMoje