Media, zarówno publiczne, jak i prywatne, obniżają jakość nadawanych programów. W szumie informacyjnym coraz trudniej odnaleźć wartościowe, ciekawe informacje. Trzy lata temu pojawił się pomysł zupełnie nowy w Polsce: Radio WNET. O tej inicjatywie, mediach i spółdzielczości jako formie organizacyjno-finansowej mediów rozmawiamy z Lechem Rusteckim, członkiem zarządu Spółdzielczych Mediów WNET.

***

Jak powstało Radio WNET?

Lech Rustecki: Zaczęło się od Krzysztofa Skowrońskiego, który był dyrektorem Programu Trzeciego Polskiego Radia. W czasie „zawieruchy politycznej” zwolniono go dyscyplinarnie. W geście solidarności wraz z nim odeszła grupa dziennikarzy, m.in. Katarzyna Adamiak-Sroczyńska, Grzegorz Wasowski, Monika Makowska-Wasowska. Zastanawiali się, co robić dalej. Jednym z pomysłów było radio w Internecie. Grzegorz Wasowski rzucił hasło WNET – szybko i w Sieci. Od początku istniał pomysł stworzenia portalu społecznościowego, aby to było miejsce, gdzie ludzie mogą tworzyć. Testowano kilka pomysłów, aż powstał zalążek wersji z obecnymi eterami, gdzie każdy mógł zostać republikaninem, założyć swój eter i publikować. Typowe radio pojawiło się w 2010 r. Wkrótce rozpoczęła się współpraca z Radiem Warszawa, transmitującym „Poranki w eterze”, a po nim dołączyły Radio Nadzieja z Łomży i Radio Fiat z Częstochowy i Wielunia. W międzyczasie portal ulegał zmianom, powstała Wolna Antena Radia WNET, w tym momencie licząca ok. siedemdziesięciu autorów i ponad pięćdziesiąt audycji.

Czemu użytkownik portalu nazywa się „republikaninem”?

L.R.: Krzysztof Skowroński nawiązywał do I Rzeczypospolitej jako źródła wartości – republika jako rzecz wspólna, którą wspólnie tworzymy. I rzeczywiście, to otwarte i wspólne miejsce, każdy ma szansę zaangażować się i zrobić coś własnego. Nie jest to korporacja ze zdefiniowaną hierarchią – tutaj siadamy, robimy sejmik, dyskutujemy i coś z tego wychodzi. Jest lider, ale nie jest to technokratyczna instytucja.

Często uchodzicie za medium prawicowe. Gdzie kończy się Wasza otwartość?

L.R.: W zeszłym roku powstały Spółdzielcze Media WNET. W statucie zawarliśmy deklarację tożsamościową, która wyznacza nasze granice i określa, kim jesteśmy. W deklaracji zawarliśmy wartości takie jak wolność i odpowiedzialność, których korzeni dopatrujemy się w tradycjach chrześcijańskich I Rzeczypospolitej oraz „Solidarności” lat 80. To bardzo pojemny zbiór. Słuchacze Wolnej Anteny i czytelnicy portalu mogą poznać całe spektrum poglądów. Owszem, są audycje prawicowe, ale jest też m.in. wasz „Głos Obywatela” czy audycja Milo Kurtisa, współzałożyciela Maanamu, Greka, który w zeszłym tygodniu, po latach, uzyskał polskie obywatelstwo – nie można o nim powiedzieć, że ma prawicowe poglądy.

Wspomniałeś o Spółdzielczych Mediach WNET. Na czym polegał pomysł stworzenia medium, które jest spółdzielnią?

L.R.: W 2011 r. zastanawialiśmy się, jaki powinien być następny krok w rozwoju radia. Jednym z pomysłów było wejście na giełdę NewConnect, dzięki czemu spółka mogłaby się rozwijać. Ale chcieliśmy też skorzystać z tzw. oferty publicznej, żeby zaoferować wielu osobom możliwość nabycia udziałów w Radiu. Wszyscy doradcy finansowi, z którymi rozmawialiśmy, odradzali ten pomysł, mówiąc, że to się nie sprawdza. Ich zdaniem powinniśmy skierować ofertę do kilku osób, które kupią mniejszościowy, ale spory kawałek spółki. Nie zdecydowaliśmy się na to, ponieważ dla Krzysztofa Skowrońskiego kluczową wartością była niezależność medium od kapitału, od pojedynczych właścicieli – to daje dziennikarzom wolność prezentowania informacji, które uznają za ważne. Mecenas Jacek Jonak, prawnik specjalizujący się w rynkach kapitałowych, który teraz jest przewodniczącym Rady Nadzorczej Spółdzielczych Mediów WNET, początkowo był przeciw spółdzielni, pokazywał negatywne strony tego przedsięwzięcia. Z czasem zaakceptował projekt i stał się jego współtwórcą. To umożliwiało nam zaangażowanie wielu osób w formule demokratycznej, gdzie każdy ma równy głos, niezależnie od liczby udziałów. To zupełnie inny styl działania, ale wynika z niego wiele pożytecznych rzeczy.

Ilu członków liczą Spółdzielcze Media WNET?

L.R.: Obecnie ponad pięciuset. Mamy siedem grup członkowskich, każda grupa wybiera piętnastu przedstawicieli. Około stu przedstawicieli zjawi się na pierwszym zjeździe. Grupy członkowskie mogą zgłaszać tematy na spotkanie. To duże wyzwanie organizacyjne, by przy pięciuset członkach zapewnić demokrację, a mamy nadzieję, że ta liczba będzie rosła.

Jakie są powiązania między spółką a spółdzielnią?

L.R.: Mamy Radio WNET, które było pierwsze i powstało w formie spółki. Później powstały Spółdzielcze Media WNET, teraz kończymy pisanie statutu spółdzielni spożywców, powstałej w ramach akcji „Uratuj rolnika i samego siebie”, od jesieni ub.r. organizujemy też Jarmarki Spożywcze.

Obecnie zarząd Spółdzielczych Mediów WNET stanowią Krzysztof Skowroński jako prezes, członkami zarządu jesteśmy ja i Katarzyna Adamiak-Sroczyńska, wiceprezesem Andrzej Kensbok, który tworzy spółdzielnię spożywców. W czwórkę stanowimy „sztab połączony” projektu WNET. Wszystkie te instytucje tworzą jeden system. Osoby, które się angażują, działają w ramach jednej struktury, która jest koordynowana przez „sztab”. Ważną rolę pełni Rada Nadzorcza, w skład której wchodzą Jacek Jonak, Paweł Esse i ks. Adam Jabłoński z Czerwonego Boru pod Łomżą, kapelan więzienia prowadzącego „Przystanek w Drodze” dla bezdomnych i byłych więźniów [o działalności ks. Adama będzie można przeczytać w „Nowym Obywatelu” z lata 2013 – przyp. redakcji]. Czerwony Bór jest naszą duchową stolicą.

Miejscem zaangażowania członków jest m.in. „Miasto Spółdzielców” w Internecie, powstałe z inicjatywy pierwszych spółdzielców, których przyjęliśmy i którzy chcieli się nawzajem poznać. To pozwoliło „spłaszczyć hierarchię”, bo tam wszyscy się widzą, można się z każdym skontaktować, rodzą się inicjatywy, wyrażane są uwagi co do sposobu działania, które się pojawiają i są uwzględniane. W modelu docelowym wszystkie nasze media muszą być kontrolowane przez spółdzielnię, żeby zadbać o niezależność i demokrację. Natomiast wokół medium tworzy się rynek, powstają różne pomysły biznesowe, które mogą, ale nie muszą być spółdzielcze. Często są osoby, które mówią: mam pomysł, chciałbym zainwestować, ale nie widzę tego w kooperatywie. Nie jesteśmy purystami, nie wszystko musi być spółdzielnią, ale nasza strategia zakłada, że wszystko, co jest medialne, jest kontrolowane spółdzielczo.

Wspominałeś o tworzeniu spółdzielni spożywców. Będzie prawdopodobnie pierwszą, która „od zera” powstanie w III Rzeczpospolitej w sformalizowanej postaci. Skąd pomysł na kooperatywę spożywców i dlaczego spółdzielnia medialna zaangażowała się w zupełnie inną dziedzinę?

L.R.: Pomysł narodził się latem 2012, gdy ruszyliśmy w podróż. Jeżdżąc po Polsce, docieramy do celu dzień przed poranną audycją i mamy kilka godzin popołudniowych i wieczornych, by poczuć ducha miejsca, porozmawiać z ludźmi, którzy są naszymi gośćmi. Wszystko po to, aby program poranny był interesujący. Każdy „Poranek” nadawaliśmy z innego miejsca. Trafiliśmy do Pińczowa i wsi Nieprowice. Tam pojawił się wątek dysproporcji między cenami skupu płodów rolnych a cenami sprzedaży w mieście. Po audycji wróciliśmy do goszczących nas gospodarzy i kontynuowaliśmy rozmowę. Wtedy pojawiła się myśl, żeby tamtejsze, znakomite warzywa i owoce zawieźć do Warszawy, a nawet zorganizować spływ tratwą z tymi warzywami. W międzyczasie otworzyłem arkusz kalkulacyjny i zaczęliśmy liczyć, jakie tu są ceny, jakie w Warszawie i czy jest sens ekonomiczny, żeby to zrobić. Oczywiście nie tratwą, bo to ekonomicznego sensu nie ma, choć jest spektakularne. Gdy wróciliśmy do Warszawy, odezwali się rolnicy z Pińczowa i powiedzieli, że już budują tratwę. Pomysł został rzucony pół żartem, pół serio, ale okazało się, że w okolicy jest człowiek, który zna się na budowaniu łodzi i zbudował tratwę. I rolnicy przypłynęli na początku września.

Flisacy trochę się bali, że utkną na mieliźnie, ale się udało. Trwało to tydzień i było zorganizowane w ramach akcji uświadamiającej problem różnicy cen, pod hasłem „Od rolnika przez pośrednika 300 procent znika”, co zostało medialnie zauważone.

W międzyczasie przygotowywaliśmy normalną dostawę ciężarówką i pod koniec września odbyła się pierwsza akcja „Uratuj rolnika i samego siebie”. W Radiu wystartowała redakcja rolna. Pojawił się Andrzej Kensbok, który wcześniej był członkiem spółdzielni, o którym wiedzieliśmy tyle, że jest w rejestrze członków. Gdy się dowiedział, że zajmujemy się tematami rolniczymi, ujawnił swoje wieloletnie doświadczenie na rynku rolno-spożywczym i pozytywne doświadczenia ze spółdzielczością na Zachodzie, m.in. w Szwajcarii i Niemczech. Zaangażował się w akcję, zrezygnował z dotychczasowej pracy i w całości poświęcił budowaniu spółdzielni spożywców. Kooperatywa spożywców pokazała to, co wcześniej widzieliśmy w Spółdzielczych Mediach WNET – zaangażowanie i współpracę ludzi. W tym momencie działalność Jarmarku jest na tyle rozwinięta, że możemy zatrudnić dwóch pracowników, którzy zajmują się tym tematem, ale całość nie byłaby możliwa do zrealizowania przez dwie osoby, w związku z tym angażuje się kilkanaście, a może kilkadziesiąt osób, część przychodzi o 5 rano odebrać dostawę, uruchomić Jarmark, a potem sprzątać. Widać ducha spółdzielczości, współdziałania, współpracy. Kończymy pracę nad statutem spółdzielni i nie boimy się, że nie będzie chętnych, aby ją tworzyć. Spodziewamy się, że wielu spośród około dwóch tysięcy klientów, którzy się przewinęli przez Jarmark, zainteresuje się modelem spółdzielczym.

Opowiedz o innych pomysłach realizowanych w obrębie Radia WNET, jak Wolna Antena, Republika czy Akademia.

L.R.: Radio WNET jest żywym, rozwijającym się tworem. Wolna Antena wywodzi się z republikanów, czyli użytkowników strony tworzących własne audycje. Właśnie powstała „Wolna Antena” – stowarzyszenie na rzecz kultury radiowej, zainicjowane przez autorów audycji w Wolnej Antenie Radia WNET. Chcemy, aby stowarzyszenie było miejscem, do którego zapraszamy osoby z innych środowisk radiowych, bo są przecież inne radia internetowe, np. Radio Kontestacja, sportowe Radio Brazylia, Niepoprawne Radio, Rewers, a także wielu autorów audycji podcastowych.

Akademia WNET na początku była pomysłem typowej akademii dziennikarskiej. Teraz funkcjonuje jako miejsce spotkań ludzi, którzy chcieliby dowiedzieć się więcej o świecie, czyli jest nastawiona na słuchaczy. Wszystko zaczęło się rok temu od kursu „Jak nam robią wodę z mózgu?”, przygotowanego przez dr. Romana Zawadzkiego, psychologa, który w Radiu WNET prowadził audycję o muzyce fortepianowej. Dołączył do niego Lech Jęczmyk, wspólnie opracowali kurs, zgłosiło się kilkadziesiąt osób. Okazało się, że kurs nie miał końca, najpierw jedna edycja, potem kolejne spotkania, aż grupa stała się w ramach Radia WNET wspólnotą, która co parę tygodni organizuje zebrania. Oprócz zagadnień proponowanych przez organizatorów zapraszani są goście referujący tematy wybrane przez grupę. Jesienią ruszy kolejna edycja, ale już zdefiniowana – będzie mieć początek, koniec, określoną ilość spotkań i te osoby, które się zdecydują, będą mogły dołączyć do wspólnoty zawiązanej w ramach Akademii. Planujemy na uniwersytetach pięć spotkań pt. „Źródła kryzysu”, zaczynamy w Warszawie, kończymy w Toruniu, a po drodze odwiedzimy Łódź, Kraków i Lublin.

Ważnym elementem Radia WNET jest Spółdzielcza Agencja Informacyjna (SAI), projekt prowadzony przez Katarzynę Adamiak-Sroczyńską i członków Akademii. W Akademii są osoby różnych zawodów, środowisk, o różnych zainteresowaniach, czyli mają dostęp do różnych ciekawych, źródłowych informacji. Propozycje tematów uczestników Akademii często są podejmowane na antenie Radia WNET. Produktami SAI są „Kurier WNET” (papierowa gazeta niecodzienna) i dziennik internetowy, a także radiowy serwis informacyjny pod tą samą nazwą.

Przy okazji rozwijania spółdzielni spożywców otworzyliśmy księgarnię, a po przeprowadzce na Koszykową 8 Klub Wnet, organizujący kameralne spotkania, do 70 osób (przy takiej liczbie część gości stoi na korytarzu). Klub zbiera się raz w tygodniu i aranżuje spotkania z autorami książek, pokazy filmów, poruszamy tematy interesujące dla uczestników, np. o racji stanu. Chcemy poszerzyć ideę, zapraszać przedstawicieli różnych środowisk. Nie chcemy takiej formuły: godzinny wywiad, a potem pięć minut pytań i do domu. Zależy nam, by w połowie wystąpienia dać głos uczestnikom z sali. Łączymy to z dziennikarstwem rozumianym jako poszukiwanie odpowiedzi na pytania.

Często pada pytanie: jaka jest wasza grupa docelowa? My ją nazwaliśmy grupą ludzi myślących. Możemy debatować, jaki to procent społeczeństwa, ale na pewno jest to odsetek, który może rosnąć.

Do jak dużej liczby odbiorców dociera WNET?

L.R.: Trudno powiedzieć, ale szacujemy, że 300-500 tys. w czasie „Poranka”, który jest dostępny różnymi kanałami: na żywo w Internecie i na falach zaprzyjaźnionych stacji, a potem do odsłuchania na stronie.

Skąd się wziął pomysł, by dookreślić WNET jako „media prawdziwie publiczne”?

L.R.: To była odpowiedź na doświadczenia pracy w mediach publicznych. To są raczej media państwowe, a nawet partii rządzącej. Chcieliśmy podkreślić, że tak sobie wyobrażamy media publiczne. Chcemy pokazywać ludziom rzeczy, którymi mogliby się zainteresować, ale o których nie mieliby szansy się dowiedzieć, gdyby nie było mediów. Dobrze zrobiony reality show przyciąga dużo widzów, ale czy taka jest rola mediów publicznych? Należy dbać o różnorodność i sięgać nawet po kwestie, które nie są popularne, ale mogą znaleźć odbiorców, osoby zainteresowane takim tematem. W tym sloganie mieści się słowo „prawdziwie”, czyli prawda, dążenie do tego, by informować prawdziwie, starać się odkryć, co jest prawdą.

Dlaczego alternatywa w postaci WNET jest potrzebna na rynku medialnym?

L.R.: Uważam, że wolność w tworzeniu mediów powinna być nieskrępowana. Gwarantuje to konstytucja, ale niestety realnie jest to bardzo trudne. WNET jest jedną z propozycji, ale jest ich więcej, wiele zmieniło się na rynku medialnym. Trudno jednak powoływać nowe projekty medialne. Chcieliśmy tworzyć radio na UKF-ie, ale to jest praktycznie niemożliwe. Nie wystarczy mieć pieniądze, pójść do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, zarejestrować i gotowe. Okazuje się, że „nie ma częstotliwości”, tzn. częstotliwości są, ale nie można ich uzyskać. Telewizja podlega procesowi cyfryzacji, co wynika z prawa unijnego, radio nie podlega temu procesowi. Dużym nadawcom na tym nie zależy, bo musieliby zmieniać technologię, choć to pozwoliłoby na uzyskanie większej ilości pasm. Zapisy konstytucji o wolności mediów są w efekcie fikcją.

Można by tę sytuację zmienić, ale nie ma ku temu klimatu. Uczestniczyliśmy w trzech postępowaniach koncesyjnych na rozgłośnie lokalne, przygotowując model radia i spółdzielni. Wszystkie zakończyły się porażką. Przy okazji miałem doświadczenia z KRRiTV. Dowiedziałem się, że na częstotliwości, o które się staramy, było kilkadziesiąt wniosków, a oceną części ekonomicznej zajmowała się jedna pani, więc czas podjęcia decyzji jest nieokreślony…

Jak oceniłbyś kondycję mediów w Polsce?

L.R.: To bardzo trudne pytanie, bo zacząłem obserwować media poprzez WNET, a przez lata zajmowałem się inną działalnością. Znalazłem się tutaj trochę przypadkiem, jako miłośnik radia, który dowiedział się, że powstał taki projekt i pojawiła się możliwość zobaczenia z drugiej strony, jak wyglądają media. Byłem zawiedziony, myślałem, że informacje w głównych środkach przekazu są robione rzetelniej. Ujrzałem specyfikę mediów, które cały czas się spieszą. Dziennik czy program radiowy trzeba zrobić na już, często media nie mogą sobie pozwolić na to, na co może sobie pozwolić bloger – spokojnie pogrzebać, sprawdzić i przygotować tekst na podstawie sprawdzonych informacji. Wiele informacji jest kopiowanych, np. „Gazeta Wyborcza” i TVN podają informację, która potem jest podawana w wielu miejscach, często bez weryfikacji.

Odkryłem też, że jest wiele ciekawych i ważnych informacji, które nie pojawiają się, bo się nie sprzedadzą albo są niepopularne w danej redakcji. Na pewno mamy kryzys mediów, ale mamy też kryzys społeczeństwa, które nie potrafi konsumować mediów. Odbieranie mediów na zasadzie oglądania dziennika telewizyjnego nic nie przynosi. Od pewnego czasu nie oglądam telewizji. Kiedyś oglądałem „Fakty”, było siedem wiadomości, ostatnia musi być żartobliwa i nie niesie żadnej informacji, jedna była o pogodzie, kolejna nieważna. W sumie były dwie informacje, które uznałbym za przydatne, a dla wielu ludzi jest to jedyne źródło informacji.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Konrad Malec, współpraca Krzysztof Wołodźko.

Lech Rustecki

członek zarządu Spółdzielczych Mediów WNET

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu kwartalnika „Nowy Obywatel”