Dwie spółdzielnie socjalne z województwa świętokrzyskiego – „Ares” i „Smakosz” napotykają na wiele problemów w swojej działalności.  Dlatego właśnie wiedzą, że w trudnych czasach muszą sobie wzajemnie pomagać.

Spółdzielnia „Smakosz” istnieje od 2010 roku. Na jej założenie zdecydowało się pięć pań, które do tamtej pory były bezrobotne. Spółdzielnia świadczy usługi gastronomiczne i cateringowe oraz prowadzi stołówkę w Kielcach.

Ze „Smakoszem” ściśle współpracuje Jacek Gąsowski, który siedem lat temu założył  w Kielcach wspólnie z innymi osobami wielobranżową spółdzielnie socjalną „Ares”. Podobnie jak członkinie „Smakosza” wcześniej był osobą bezrobotną. Teraz sam pomaga osobom bez zatrudnienia – W Skarżysku Kamiennej założyliśmy Klub Integracji Społecznej, który oferował codzienne wsparcie dla bezrobotnych z tego regionu. Znajdowała się tam między innymi świetlica, którą odwiedzały osoby będące w trudnej sytuacji życiowej. „Ares” odkąd istnieje stara się pomagać bezrobotnym, również poprzez znajdowanie im pracy. Kiedyś załatwiliśmy pracę bezdomnemu w zaprzyjaźnionym przedsiębiorstwie. Sami również zatrudnialiśmy przy pracach remontowo – budowlanych, ponieważ w ramach spółdzielni prowadziliśmy działalność gospodarczą. Obecnie zajmujemy się szkoleniami z zakresu ekonomii społecznej oraz zakładania spółdzielni socjalnych. Dzięki dotacji prowadzimy także bank żywności dla osób potrzebujących – wymienia prezes spółdzielni Jacek Gąsowski.

Nie jest łatwo

Tym co paradoksalnie łączy członków obydwu spółdzielni są liczne problemy, z którymi bardzo często muszą się zmagać. Jednym z nich jest ostracyzm urzędników oraz brak odpowiedniej pomocy ze strony władz miasta – Gdy zakładaliśmy „Smakosza” każda z nas dostała przysługującą nam dotację z Urzędu Miasta. Na tym jednak pomoc się zakończyła. Prawo zapewnia nam jako spółdzielni socjalnej zwrot składek ZUS-owskich. Do tej pory nie dostaliśmy jednak tych pieniędzy od miasta. Bardzo by nam to pomogło. Do tego dochodzi jeszcze męcząca biurokracja w  Miejskim Urzędzie Pracy. Urzędnicy powinni wiedzieć, że takim podmiotom jak my szczególnie trudno jest konkurować na rynku z firmami. Spółdzielnie socjalne są traktowane „z góry” przez zleceniodawców, bo wiedzą, że takie podmioty są zakładane przez ludzi, których dotknęły pewne problemy społeczne – bieda, długotrwały brak pracy, a nawet alkoholizm. W związku z tym nie wszyscy nas traktują poważnie. To wszystko powoduje, że my działamy już długo, ciężko pracujemy, a dopiero od kilku miesięcy mamy w miarę ustabilizowaną sytuacje finansową – twierdzi Małgorzata Stępień, prezes „Smakosza”.

Z tą opinią zgadza się również Jacek Gąsowski – Wszystko co powiedziała Małgosia jest prawdą. W naszym województwie ze strony władz miasta nie możemy liczyć na żadną pomoc. Nie dość, że nie jest nam łatwo działać na rynku, to jeszcze napotykamy na tego typu problemy. Dodam jeszcze, że miasto nie chce udostępniać spółdzielniom odpowiednich pomieszczeń. To powoduje, że spółdzielnie w wynajmowanych przez siebie drogich i małych lokalach nie są w stanie przeprowadzać szkoleń propagujących spółdzielczość dla większej ilości osób. Moja spółdzielnia starała się o przydział lokalu, prezydent Kielc nam niestety odmówił i w efekcie musieliśmy się przenieść do Piekoszowa, bo nie było nas stać na opłacanie rachunków w Kielcach. Sporym problemem jest również to, że w naszym regionie nie wykorzystuje się w przetargach klauzuli społeczności, która polega na preferowaniu podmiotów społecznych. Liczba spółdzielni socjalnych w Kielcach jest przerażająco niska i jestem pewien, że to się nie poprawi dopóki nie zmieni się nastawienie władz. Przecież w innych miastach wygląda to lepiej, czego przykładem jest Skarżysko Kamienna, w którym prezydent udostępnił nam lokal dla naszego Klubu Integracji Społecznej. Poza tym wiele spółdzielni upadło, bo powstają w ramach jakiegoś projektu unijnego realizowanego przez stowarzyszenie, mają dofinansowanie przez rok, a później już się nie interesują nimi ani urzędnicy, ani te stowarzyszenia. Wyjątkiem jest Caritas, który pomagał „Smakoszowi” od samego początku, a ostatnimi czasy w ramach ich projektu zakupiono sprzęt i zorganizowano remont lokalu wynajmowanego przez spółdzielnię. Dziwi mnie również to, że w Kielcach  świetlice dla ubogich czy kluby seniora nie są przekazywane spółdzielniom do prowadzenia, tylko nadzór nad nimi sprawuje bezpośrednio Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie, który nie dość, że jest przeciążony „robotą papierkową”, to jeszcze musi się z tym zajmować – wymienia prezes spółdzielni „Ares”.

                                     

Nie tylko dla zysku

Pomimo wielu problemów, członkowie spółdzielni nie załamują się. Lekarstwem na ich bolączki jest wzajemna współpraca i pomaganie sobie. – Pomagam paniom ze „Smakosza” praktycznie odkąd tylko założyły spółdzielnię. Można powiedzieć, że wzajemnie się dopełniamy, bo „Smakosz” jest skupiony na działalności gospodarczej, a w mniejszym stopniu stricte społecznej, za to „Ares” odwrotnie. W związku z tym jeśli moja spółdzielnia organizuje szkolenia dotyczące ekonomii społecznej, to zapraszam na nie Panią Małgosię, która razem ze mną je prowadzi. Z drugiej strony my nie mamy możliwości przechowywania jedzenia z prowadzonego przez nas banku żywności, więc zanosimy je do lodówek, które znajdują się w „Smakoszu”. Czasem po prostu odwiedzam „Smakosza” i pomagam w prostych pracach na kuchni np. obieram ziemniaki, a także wykonuje prace biurowe. Ostatnio również na jednej z konferencji dotyczącej ekonomii społecznej, wspólnie zabieraliśmy głos w sprawie barier w działalności spółdzielni socjalnych. Od nowego roku nasze dwie spółdzielnie będą realizowały poważny projekt „Latarnik”, który będzie polegał na prowadzeniu kursów nauki korzystania z komputera dla osób wykluczonych. Nasza wzajemna pomoc i współpraca  ma więc różnoraki charakter. Wiemy, że możemy liczyć na siebie  – mówi Jacek Gąsowski.

Założenie spółdzielni pomogło naszym rozmówcom wyjść z bezrobocia, ale jak sami zapewniają  dzięki prowadzeniu spółdzielni zyskują coś więcej niż tylko źródło utrzymania  – To właśnie nie w firmie, lecz w spółdzielni można zrozumieć na czym polega kooperacja i praca w zespole. Nasz demokratyczny statut daje każdemu członkowi równy głos w podejmowaniu decyzji. Każda z nas ma świadomość tego, że posiada takie same prawa jak reszta i jej wysiłek jest tak samo ważny. Ja będąc prezesem nie mam żadnych dodatkowych przywilejów – pracuję tyle samo co inni, zarabiam również tyle samo. To pomaga zacieśniać relacje międzyludzkie i eliminuje element zazdrości w codziennej pracy oraz kłótnie na tle finansowym. Jednocześnie równy udział członkiń w kwestiach decyzyjnych powoduje, że każda osoba czuje się bardziej współodpowiedzialna za to jak funkcjonuje spółdzielnia.  Można powiedzieć, że uczymy się tutaj prawdziwej demokracji – stwierdza Małgorzata Stępień.

– Potwierdzam to co powiedziała pani Małgosia. Brak hierarchicznej struktury i oparte na demokratycznych zasadach statuty pozwalają tworzyć w naszych spółdzielniach rodzinną i przyjazną atmosferę, czyli coś co nie jest zawsze możliwe np. w prywatnym przedsiębiorstwie, gdzie szefostwo strofuje i karci swoich pracowników. Poza tym dla nas cel społeczny jest ważniejszy niż działalność gospodarcza i zarabianie pieniędzy. Dlatego właśnie myślę, że państwo powinno zachęcać obywateli do zakładania spółdzielni. Nie dość, że w trudnych czasach szalejącego bezrobocia jest to jakiś sposób na znalezienie zatrudnienia, to jeszcze można realizować cel społeczny, o którym mówiliśmy. Niestety Polska jest daleko w tyle, jeśli chodzi o liczbę zarejestrowanych spółdzielni, szczególnie w porównaniu do takich krajów jak Szwajcaria, gdzie aż 10 procent wszystkich pracujących jest zatrudnionych w spółdzielniach. To musi się zmienić – dodaje Jacek Gąsowski.

Niewątpliwie członkowie spółdzielni „Smakosz” i „Ares” swoją postawą stanowią wzór dla tych, którzy planują związać swoją przyszłość z „trzecim sektorem”. Tym bardziej życzymy im sukcesów w przyszłości oraz tego, żeby urzędnicy oraz politycy w końcu zaczęli ich traktować z należytym szacunkiem, co być może przyczyni się kiedyś do tego, że w województwie świętokrzyskim będzie więcej tego typu inicjatyw.

Bartosz Oszczepalski

Tekst ukazał się w październiku 2012 r.