Zaczęło się od tego, że grupa pasjonatów CB-radia uczyniła ze swojego hobby formę niesienia pomocy innym ludziom. Tak powstała Społeczna Krajowa Sieć Ratunkowa. W czasach, gdy posiadanie telefonu komórkowego było rzadkością, inicjatywa ta umożliwiała szybkie informowanie odpowiednich służb o wypadku, pożarze czy nagłym ataku choroby. Dziś setki lokalnych jednostek SKSR obejmują cały kraj, a tworzący ją ludzie pozostali wierni idei oddolnej, bezpłatnej samopomocy obywatelskiej, nieraz daleko wykraczającej poza ratownictwo medyczne.

Sieć dobrej woli

Zalążek idei Sieci narodził się nad mazurskim jeziorem, pod koniec lat 80. Pewnego lata wydarzył się wypadek – jeden z pływających w jeziorze doznał zawału serca. Reanimacja chorego trwała kilka godzin, mimo decyzji lekarza o zaprzestaniu akcji ratowniczej. Wyłącznie dzięki uporowi Jerzego Płókarza (ratownika, obecnie prezesa Zarządu Głównego SKSR) i pomocy innego lekarza (z ponownie wezwanego ambulansu), udało się uratować życie mężczyzny.

Wówczas pojawił się kolejny problem – jak bezpiecznie przetransportować chorego do szpitala? Przypadkiem rozmowę ratowników w punkcie medycznym, w którym znajdowała się radiostacja, usłyszał w eterze pilot helikoptera i zaoferował pomoc. Skoro zatem radiostacja odegrała w tym przypadku tak ważną rolę, ratując ludzkie życie w sytuacji, wydawałoby się, bez wyjścia, to może należałoby wykorzystać możliwości, które dawał jedyny wówczas szeroko dostępny kanał komunikacji – i stworzyć zorganizowany system informacyjny?

Nie bez trudności, oporu ze strony władz i administracji dawnego ustroju, pan Jerzy, wspólnie z grupą amatorów CB-radia, powołał prężne stowarzyszenie. Na pierwszy jego sejmik przybyli przedstawiciele prawie wszystkich województw w kraju. Rozpierała ich energia, pragnęli pomagać innym, wykorzystując swoją pasję, już legalnie. – Wreszcie każdy mógł wezwać pogotowie ratunkowe, bo wprowadziliśmy dyżury, wyznaczyliśmy kanał ratunkowy – dziewiąty. Tysiące ludzi się poświęcało i siedziało, nasłuchiwało na tym kanale, a potem przekazywali wezwania do pogotowia ratunkowego, do policji czy straży pożarnej. W sumie w tamtych latach było około stu tysięcy akcji ratunkowych rocznie – wspomina Płókarz.

Kiedy nadszedł czas telefonii komórkowej, umożliwiającej bezpośredni kontakt ze służbami ratowniczymi z dowolnego miejsca w kraju, wiele osób wyrażało przekonanie, że CB-radio odejdzie do lamusa. Okazało się jednak, że choć kanał ratunkowy przestał być niezbędny na co dzień, to nie stracił zastosowania w sytuacjach klęsk żywiołowych. Podczas powodzi w 1997 r. pozostawał ostatnią deską ratunku, gdy zawodziły wszelkie inne sposoby komunikacji. Przede wszystkim jednak nie straciła racji bytu sama Społeczna Krajowa Sieć Ratunkowa. Nadal pomaga w sytuacji zagrożenia ludzkiego zdrowia i życia, pojawiły się nawet nowe możliwości jej rozwoju – działa profesjonalna Krajowa Sieć Alarmowa, reagująca na sygnały wysyłane przez urządzenia zainstalowane w danym lokalu. Centrala jest natychmiast informowana o takich niebezpieczeństwach jak pożar, ulatniający się gaz, napad, włamanie czy atak choroby stwarzający bezpośrednie zagrożenie życia – i kieruje wezwanie do odpowiednich służb. Chory nie zawsze ma siłę, aby dojść do telefonu, wybrać numer, poczekać na zgłoszenie i powiedzieć, co mu dolega. Zwykle jednak może nacisnąć przycisk w małym breloczku, który zawsze nosi przy sobie – informuje stowarzyszenie na swojej stronie internetowej. Liczba osób podłączonych do sieci jest niejawna, jednak J. Płókarz mówi, że można je liczyć w tysiącach.

SKSR założyła również fundusz finansujący instalację systemów alarmowych u osób, których nie stać na taki wydatek. Organizacja przyszła z pomocą m.in. pani Kindze Szymańskiej. Media przedstawiały jej historię – trzyletni synek pani Szymańskiej, Krystian, dwukrotnie uratował mamie życie, dzwoniąc pod numer 112, gdy cierpiąca na cukrzycę kobieta straciła przytomność. SKSR podarowała chorej zestaw alarmowy, aby ponownie nie dochodziło do tak ekstremalnych sytuacji. Od chwili otrzymania breloczka pani Kinga mogła poczuć się bezpiecznie – zyskała możliwość łatwego i szybkiego zasygnalizowania, że potrzebuje pomocy medycznej.

Na organizację SKSR składa się w sumie ponad trzysta jednostek terenowych, sztabów lokalnych działających w ramach ogólnokrajowej struktury, ale jednocześnie zachowujących autonomię, także w zakresie wyboru głównej sfery działania. Ta struktura zrzesza około dziesięciu tysięcy zarejestrowanych ratowników.

Wyjść na ulice

Wiele sztabów lokalnych, po upowszechnieniu się telefonii komórkowej i spadku znaczenia CB-radia dla łączności między obywatelami i służbami ratunkowymi, postawiło na ratownictwo. Część jednostek, które powstały w latach późniejszych, rozpoczęła działalność właśnie od aktywności na tym polu. W tym obszarze zawsze jest wiele do zrobienia.

Członkowie sztabów po przejściu odpowiednich kursów zabezpieczają imprezy masowe na swoim terenie, zapewniają opiekę przedmedyczną uczestnikom tych wydarzeń, często również organizują w szkołach pokazy udzielania pierwszej pomocy. W ten sposób funkcjonuje na przykład sztab w Częstochowie. – Jego początki sięgają czasów, gdy działała „brać CB-radia” – informuje Tomasz Jaworski, obecny zastępca szefa sztabu. Pomysł powołania tej jednostki terenowej narodził się, gdy pomoc CB-istów okazała się niezastąpiona podczas powodzi w 1997 r. i pojawiła się chęć kontynuacji działań na rzecz innych ludzi także po ustaniu kataklizmu. Wówczas pan Zbigniew Sady utworzył jednostkę SKSR na terenie Częstochowy.

Gdy nastał czas gwałtownego rozwoju telefonii komórkowej, a kanał 9 stracił na znaczeniu, w Częstochowie uformowała się grupa „nasłuchowców”, która postanowiła „wyjść zza biurka na ulicę”. Dziś sztab koncentruje swoją aktywność przede wszystkim na trosce o bezpieczeństwo pątników tłumnie napływających na Jasną Górę. Sytuacje zasłabnięć czy omdleń uczestników pielgrzymki to chleb powszedni działań młodych ludzi, z których głównie składa się dziś częstochowska jednostka SKSR. Podczas szczytów pielgrzymkowych wędrują po jasnogórskich Błoniach wśród tysięcy osób, ubrani w odblaskowe kamizelki, z radiotelefonami. Udzielają podstawowej pomocy, w trudniejszych przypadkach wzywają karetkę pogotowia, a także wspomagają informacjami zagubionych pielgrzymów.

Obecnie wszyscy członkowie sztabu są uczniami bądź studentami szkół medycznych, również wyższych. Zaczynali jako nastolatki szukające w tłumie pielgrzymów osób, które potrzebowały porady medycznej. Stopniowo, dzięki kursom pierwszej pomocy, nieodpłatnie organizowanym przez kierownika wezwań częstochowskiego pogotowia, Tomasza Czecha, a także szkoleniom w innych sztabach Sieci (np. legnickim), osiągnęli pewien stopień profesjonalizacji. Działalność w sztabie SKSR przesądziła o wyborze ich drogi życiowej. – Finałem tej przygody ze sztabem ratownictwa będzie praca w pogotowiu – mówi p. Jaworski. Członkowie jednostki, po planowanym uzyskaniu wykształcenia niezbędnego do wykonywania zawodu ratownika medycznego, nie zamierzają jednak porzucić działalności społecznej. Mają wiele planów, myślą przede wszystkim o organizowaniu w szkołach kursów pierwszej pomocy.

Ratownictwo medyczne to również podstawa aktywności działającego coraz prężniej sztabu SKSR w Żaganiu. Młoda jednostka, której szefuje Mariusz Zastawny, powstała w lipcu 2006 r., a pierwszą jej akcją było zabezpieczenie miejscowej imprezy masowej – Jarmarku Michała. Obecnie chroni zdrowie i życie uczestników niemal wszystkich uroczystości gromadzących wiele osób, prowadzi kursy pierwszej pomocy, organizuje pokazy w szkołach.

W wypowiedziach przedstawicieli obu jednostek terenowych Sieci powtarzało się nazwisko Dariusza Stańka, szefa Sztabu Ratownictwa SKSR w Żarach. To on wspierał działania oddziału częstochowskiego i asystował przy narodzinach jednostki żagańskiej – Mariusz Zastawny był początkowo ratownikiem w Żarach i zachęcony przez ówczesnego przełożonego, postanowił założyć sztab w swoim mieście.

Dariusz Staniek jest od wielu lat bardzo oddany działaniom organizacji. – Skąd wziął się u mnie ten bakcyl, jak ja to nazywam? – pyta sam siebie. I zaraz wyjaśnia: podczas odbywania zastępczej służby wojskowej na oddziale intensywnej opieki medycznej szpitala wojskowego napatrzył się na ludzkie cierpienie. A wystarczyłoby przecież w odpowiednim momencie np. udrożnić drogi oddechowe, a pacjent trafiałby pod opiekę lekarza w dużo lepszym stanie i miałby większe szanse na przeżycie czy pełne wyzdrowienie. – Tak mnie to męczyło, że zacząłem szukać jakichś możliwości udzielania się – wspomina. Zdecydował się wraz z kolegami założyć jednostkę SKSR, której animowanie jest dla niego obecnie ważnym elementem poczucia sensu życia.

Dziś, po dwunastu latach, tylko on pozostał z dawnego składu. Jednak sztab, liczący obecnie 14 członków aktywnych na co dzień i wielu działających podczas różnych akcji, pracuje pełną parą. Realizuje podstawowe zadania ratownicze – zabezpieczanie rozmaitych imprez organizowanych w Żarach, od Sylwestra miejskiego i festynu Dni Żar po Przystanek Woodstock. Sztab prowadzi cenione kursy pierwszej pomocy, także dla kandydatów do pracy w wojsku, ponadto organizuje pokazy ratownictwa z użyciem zestawu sztucznych ran, zakupionego przez Starostwo Powiatowe w Żarach. Wszystko to jednak dopiero początek listy zrealizowanych pomysłów pana Stańka na ulepszanie małego świata lokalnego.

Trochę ciepła

Jeśli pan Dariusz dostrzeże jakiś palący problem społeczny, nie zazna spokoju, dopóki nie przekona władz, by interweniowały lub wsparły pomocowe działania oddziału SKSR. Tak było m.in. z ogrzewalnią w 2006 r. Podczas zimowych patroli okazało się, że w Żarach jest wielu bezdomnych, których członkowie sztabu znajdowali przy trzydziestostopniowym mrozie w wieżach ciśnień czy w pobliżu pergoli śmietnikowych. Rozpoczęła się wędrówka po urzędach, nikt jednak nie kwapił się do poważnej interwencji. Przełom dokonał się, gdy p. Staniek sfotografował osoby bezdomne – zdjęcia unaoczniały stan, w jakim się znajdowały. Już następnego dnia sztab otrzymał propozycję prowadzenia ogrzewalni.

Lokal ofiarowało miasto, jednak to pan Dariusz i jego grupa własnymi rękami doprowadzili go do stanu używalności. Dziś osoby nie posiadające dachu nad głową mogą w okresie zimowym, w godzinach 18.00-8.00 schronić się w przyjaznym, pomalowanym na ciepłe kolory lokalu, skorzystać z prysznica, pralki, posilić się, otrzymać artykuły pierwszej potrzeby (zakupione przy wsparciu lokalnych instytucji, również mieszkańców, np. ze zbiórki zorganizowanej przez studentów Łużyckiej Wyższej Szkoły Humanistycznej) – ale i „wygadać się”, otrzymać wsparcie psychiczne. Jeśli tylko to możliwe, pan Dariusz interweniuje w konkretnych, jednostkowych przypadkach – przykładowo, jednemu z bezdomnych mężczyzn pomógł w uzyskaniu lokalu socjalnego.

Od dwóch lat Sztab SKSR w Żarach działa na kolejnej płaszczyźnie. W szkołach organizowane są zajęcia instruktażowe – jak należy się zachować w przypadku napotkania agresywnego psa. Podobnie jak pozostałe rodzaje aktywności sztabu, cieszą się powszechnym uznaniem, a organizacja – zaufaniem. Wyrazem tego jest choćby przyznanie 11 listopada 2009 r. jej liderowi medalu za zasługi na rzecz mieszkańców miasta. – „W noclegowni potrzebna jest pralka” – mówię. – „Idź do sklepu, wybierz, my zapłacimy” – podsumowuje pan Dariusz współpracę z władzami samorządowymi.

Ratownicy obywatelscy

Składki członkowskie pozwalają Krajowemu Sztabowi Ratownictwa SKSR w Łodzi funkcjonować bez zabiegania o dotacje czy sponsorów. Otwiera to szerokie pole do działania, nie tylko ratunkowego.

Do kogo może się zwrócić szary obywatel, gdy zawodzą służby państwowe, urzędnicy? Jeśli prosi o pomoc, a zostaje odprawiony z kwitkiem lub nawet doznaje krzywdy ze strony organów władzy, których przedstawiciele uważają, że piastowane stanowisko zabezpiecza ich przed poniesieniem konsekwencji? W demokratycznym państwie taką funkcję może spełniać organizacja społeczna. Jednak dopiero, gdy posiada pełną niezależność finansową, jest w stanie publicznie napiętnować urzędników łamiących prawo, choćby publikując ich nazwiska na tzw. czarnej liście na swojej stronie internetowej (w „elitarnym” gronie znajdują się m.in. komendanci policji, prezydent miasta, prokurator, politycy różnych opcji). Dopiero wówczas, bez obaw o swój byt, może stanąć w obronie mężczyzny bezprawnie przeszukanego przez policjantów czy też człowieka, któremu negatywnie rozpatrzono wniosek o odszkodowanie za pracę w ciężkich warunkach.

– To urzędnicy są dla nas, zatrudniani za pieniądze z naszych podatków – komentuje J. Płókarz. – Policjant musi pamiętać, że przyzwoity obywatel to jego pracodawca. My to jednoznacznie uświadamiamy i nazywamy, wręcz mówiąc panu ministrowi: „Panie ministrze, proszę pamiętać, że słowo »minister« pochodzi od »ministranta«, czyli z łaciny – »służącego«. Pan ma służyć nam – społeczeństwu”. To się nie wszystkim podoba – dodaje.

Nie chodzi jednak o to, by skupić się wyłącznie na krytyce działań administracji czy jej zastępowaniu. Zarówno urzędnicy, jak i organizacje społeczne istnieją po to, by działać dla dobra wspólnego wszystkich obywateli – sęk w tym, by nie konkurować, wzajemnie się zwalczać, lecz uzupełniać się i podejmować współpracę. Zdaniem p. Jerzego, organizacja społeczna funkcjonuje na innych zasadach niż urzędnik, który działa w pewnych ramach i nie może przejść do poziomu czy stylu działania organizacji społecznej. Siłą rzeczy, w cywilizowanym świecie struktury państwowe mają pewne luki w obszarze swojej aktywności i tych luk nie da się wypełnić inaczej niż dzięki aktywności społeczników. Jeżeli powstaje „czarna dziura”, której struktura państwowa nie jest w stanie wypełnić, to tam jest miejsce dla organizacji pozarządowej.

Z wiatrem i pod wiatr

Członkowie SKSR wierzą w siłę organizacji społecznych. Wierzą, że mają dość zapału i umiejętności, by na różne sposoby pomagać ludziom. Czy inaczej podejmowaliby trud nie tylko bezinteresownego poświęcania czasu i energii, kawałka własnego życia, na rzecz innych, ale i uciążliwego zabiegania o wsparcie ze strony władz? Niejednokrotnie zdarza im się uderzać głową w biurokratyczny mur. Bywa, że przedstawiając się urzędnikom jako członkowie stowarzyszenia działającego nieodpłatnie dla dobra wspólnego, słyszą odpowiedź w rodzaju: A co wy, z Marsa przylecieliście? – jak to się przydarzyło członkom sztabu częstochowskiego. Mariusz Zastawny posunął się nawet do smutnego stwierdzenia, że niestety w Polsce organizacje społeczne są postrzegane jako „bandy wariatów”, które nie mają co zrobić z wolnym czasem. Być może dlatego wciąż borykają się z problemami finansowymi, lokalowymi i formalnymi.

Młody sztab żagański posiada swoją siedzibę w prywatnym mieszkaniu, bo władze miasta nie są w stanie wygospodarować pomieszczenia dla organizacji. Podobny problem trapi ratowników SKSR z Częstochowy – stracili możliwość korzystania z lokalu w dobrym punkcie, ponieważ od młodych, uczących się ludzi, którzy sami siebie nie byli jeszcze w stanie utrzymać, wymagano płacenia czynszu.

Szef sztabu żarskiego również podnosi kwestię ciągłych, nieodzownych zabiegów o pieniądze na każde przedsięwzięcie. Jeśli nawet organizacja otrzymała od miasta sprzęt w postaci defibrylatora, to nie mogła z niego korzystać podczas imprez masowych poza Żarami bez zestawu elektrod, a ten nabyła dopiero po uzyskaniu dodatkowych funduszy, pochodzących od sponsorów.

Dużym utrudnieniem w funkcjonowaniu sztabów jest także ilość wszelakich dokumentów, które trzeba wypełniać, mnóstwo formalności przytłaczających niewielkie inicjatywy, nie posiadające w swoich szeregach specjalistów obeznanych z tego typu kwestiami. Bywa, że nakładają się terminy złożenia różnych wniosków i sprawozdań, wtedy członkowie sztabu, zamiast koncentrować się na właściwej działalności, pogrążają się w morzu papierów.

Zdaniem D. Stańka, ustawa o organizacjach pożytku publicznego tak samo traktuje olbrzymie fundacje i małe, lokalne stowarzyszenia, a przecież ich potrzeby i możliwości dzieli przepaść – nie każda organizacja jest nawet w stanie wnieść do swoich przedsięwzięć wymagany przez urzędników wkład własny. Warunki funkcjonowania pogarszają się jeszcze bardziej, gdy formalne ustalenia stają na przeszkodzie realizacji zadań społecznych. W przypadku oddziału SKSR w Żarach problem stanowią sztywne terminy rozliczeń finansów związanych z prowadzeniem ogrzewalni, co skutkuje koniecznością zwrotu niewykorzystanych kwot w chwili, gdy są najbardziej potrzebne. Może się zdarzyć, że akurat w okresie, gdy niespożytkowane fundusze z poprzedniego roku muszą być oddane, a organizacja nie otrzymała jeszcze kolejnego zastrzyku finansowego, do ogrzewalni trafi większa liczba osób bezdomnych ze względu na pogorszenie się warunków pogodowych…

Nie oznacza to, że lokalne sztaby SKSR nie otrzymują pomocy od władz miasta lub regionu, czy innych publicznych instytucji. Może czasem jest ona niewystarczająca, ale jednak warto podkreślić jej znaczenie. Oddziały w Żaganiu i Częstochowie, choć nie otrzymały własnych siedzib, to jednak uzyskały wsparcie innego rodzaju: pierwszy z nich – finansowe ze strony starostwa powiatowego, drugi natomiast dzięki życzliwości pogotowia ratunkowego ma do dyspozycji własny samochód. Sztab SKSR w Żarach otrzymuje od władz miasta fundusze na utrzymanie ogrzewalni, posiada także dzięki nim defibrylator. Natomiast powiat sfinansował kupno zestawu sztucznych ran, niezbędnego przy profesjonalnych pokazach pierwszej pomocy.

To trzeba mieć w sercu

Dlaczego niektórym sztabom lokalnym udaje się efektywnie funkcjonować, podczas gdy aktywność innych ustaje? Być może, jak mówi pan Dariusz, zależy to od lide­ra – niestrudzonego w wysiłkach, oddanego sprawie. – Nie zadziała to w ten sposób, że powiem: „Słuchajcie, mamy zabezpieczenie na sobotę – jedźcie, zabezpieczcie, gdy wrócicie to sprzęt zdajcie, a ja sobie będę siedział, oglądał jakiś fajny film”. Lider musi pociągnąć ludzi za sobą – podkreśla Staniek.

Sami członkowie organizacji również muszą zaangażować swoje najlepsze cechy, by spełniać misję pracy na rzecz wspólnoty. Zdaniem szefa żarskiego sztabu, dobry ratownik powinien kochać ludzi, pomoc im traktować jako najistotniejszą – ważniejszą niż nagrody, podziękowania ważnych osobistości czy prestiż. Pan Staniek odwołuje się do etosu społecznika, mówiąc o określonych zachowaniach, którymi powinien wyróżniać się ratownik również na co dzień, poza działalnością w organizacji.

Z wypowiedzi członków SKSR wynika, że to wartościowi ludzie stanowią najcenniejszy skarb organizacji, jej trzon. – Naszym marzeniem byłoby, żebyśmy zebrali grupę dziesięciu osób, które naprawdę to czują. Nie chodzi o pieniądze, tak naprawdę to nie jest nasz największy problem – podkreśla Tomasz Jaworski. To ludzie, którym zależy na samej działalności, a nie towarzyszącym jej osobistym korzyściom, choćby niewymiernym, będą prawdziwie pracować dla dobra innych. Człowiek skupiony na dowartościowywaniu się poprzez myślenie: „jestem ratownikiem, mam czerwoną kamizelkę i radiotelefon, jestem ważny”, odwraca swoją uwagę od tego, co najistotniejsze. Jak stwierdził Mariusz Zastawny: To trzeba mieć w sercu.

O czym marzą członkowie SKSR, jej centrali i sztabów lokalnych? Zapewne słowa p. Tomasza oddają to, co w ich duszach gra: Żeby dostrzegano w nas zapaleńców, a nie intruzów, którzy szukają dziury w całym.

Anna Sobótka

Tekst ukazał się w 50 numerze magazynu „Obywatel” z 2010 roku.