Budowanie zrębów tego, co nazywane jest społeczeństwem obywatelskim, zostało w Polsce powierzone ludziom i organizacjom tworzącym tzw. trzeci sektor. To NGO (organizacje pozarządowe) miały być forpocztą zmian, nieść „kaganek oświaty” i dawać przykład, jak należy tworzyć demokratyczne procedury, angażować społeczeństwo, budować zaufanie i etos współpracy w imię dobra wspólnego. Czy faktycznie się to udaje?

Między Scyllą a Charybdą

Założenie konstytuujące trzeci sektor to bycie pomiędzy sektorem państwa(polityką i administracją)a sektorem biznesowym – gospodarką. Taki rozdział miał służyć wyrazistości formy i przejrzystości działania, a kompleksowość projektowanego systemu miała zapewnić współpraca międzysektorowa. Według tego rozumowania politycy mieli się zająć polityką, biznesmeni gospodarką, a społecznicy – animować przestrzeń publiczną i kształtować normy i zasady, które mają wpływ na pozostałe sektory.

Wieloletnia praktyka pracy w organizacjach pozarządowych skłania mnie do przekonania, że trzeci sektor nie tylko nie funkcjonuje tak, jak zakładano, ale wręcz efekty jego działania są odwrotne do zamierzonych. Zamiast tworzyć społeczeństwo obywatelskie, więzi zaufania i procedury rozwijające demokrację i współdziałanie na rzecz dobra wspólnego, trzeci sektor w znacznej mierze został podporządkowany logice pozostałych, silniejszych sektorów. Po części stał się przedmurzem i przedłużeniem administracji, a po części przyjął logikę i sposób działania charakterystyczne dla sektora komercyjnego.

W konsekwencji dzisiejszy trzeci sektor stanowi atrapę maskującą postępującą oligarchizację życia społecznego. Jest także wentylem bezpieczeństwa, kanalizującym aktywność społeczną w kierunku pożądanym i bezpiecznym dla władzy polityczno-biznesowej. Zamiast tworzyć podmiotowe, demokratyczne i samorządne społeczeństwo, działające w płaszczyźnie poziomej, opartej na ideach równości i współpracy, trzeci sektor staje się bazą dla inicjatyw charytatywnych, funkcjonujących w płaszczyźnie pionowej, ze ścisłą i trwałą hierarchią opartą na nierówności praw i obowiązków. W efekcie nawet osoby zaangażowane w prace „pozarządówki” oduczają się samodzielności, wzmacniają postawę łączącą serwilizm i roszczeniowość wobec sponsorów i przekazują ją swoim beneficjentom.

W przekonaniu tym utwierdzają mnie nie tylko własne doświadczenia szkoleniowca i współpracownika organizacji społecznych, ale także wyniki badań, począwszy od „Diagnozy Społecznej 2011”, po specjalistyczne publikacje dotyczące praktyki i „życia codziennego” trzeciego sektora1.

Czym zajmują się NGO?

Według założeń konstytuujących trzeci sektor ma on się zajmować kwestiami, z których rozwiązaniem państwo sobie nie radzi lub z zasady nie podejmuje się ich rozwiązywania czy obsługi. Obecnie państwo „nie radzi sobie” lub nie chce poradzić z coraz większą liczbą zadań, które są delegowane na organizacje społeczne w trybie tzw. zlecania zadań publicznych. Gdyby przyjrzeć się z bliska programom finansowania organizacji przez administrację, można by dojść do wniosku, że im gorzej się dzieje w społeczeństwie, tym lepiej dla organizacji pozarządowych. Zgodnie z „kryteriami horyzontalnymi” programów dofinansowań, NGO zajmują się osobami chorymi i niedożywionymi, wykluczeniem społecznym, bezdomnymi, zdegradowanym środowiskiem, zakupem sprzętu do szpitali i innymi problemami generowanymi z jednej strony przez gospodarkę opartą na maksymalizacji zysku, z drugiej przez centralne władze publiczne, które zgodnie z neoliberalną doktryną „zmniejszania państwa” zrzekają się odpowiedzialności za coraz większe obszary życia społecznego.

Odpowiedzialność ta przerzucana jest na organizacje społeczne, które w efekcie zaczynają tworzyć „pierścień ochronny” wokół nieudolnej administracji. To do nich przychodzą po poradę lub z prośbą o interwencję niezadowoleni obywatele. Niestety za przekazaniem zadań nie idzie prawna i formalna możliwość wprowadzania jakichkolwiek zmian w „systemie”. Tworzy się więc zwrotna pętla, skutkująca osłabianiem trzeciego sektora: problem społeczny zgłoszenie go do NGO brak możliwości zmiany, w najlepszym wypadku pomoc doraźna rosnące niezadowolenie obywateli brak zaangażowania w życie społeczne.

W ten sposób realizacja idei wspierania/powierzania2 zadań publicznych tworzy po prostu miejsca pracy dla doradców, trenerów, pracowników socjalnych itd., niepotrzebnie obciążone dodatkową biurokracją służącą komunikacji między NGO a urzędem. Jedyną „korzyścią” jest możliwość obsadzania kolejnych stanowisk administracyjnych i biurowych już nie bezpośrednio w samorządzie, lecz w „przylegających” do niego organizacjach.

3sektor-wykresy

Te „dziwaczne” procesy coraz większego komplikowania relacji między państwem (samorządem), NGO a obywatelami stają się trochę bardziej zrozumiałe, gdy do „ideologii” zlecania zadań publicznych organizacjom dołoży się fakt opisany w badaniach administracji terenowej: przejawami zawłaszczania sfery społeczno-samorządowej przez partie polityczne jest zakładanie stowarzyszeń i fundacji przez aktywistów partii politycznych (uprzywilejowanych w pozyskiwaniu środków unijnych) oraz lobbing o pieniądze unijne za pośrednictwem partii, zwłaszcza rządzących, na poziomie krajowym i regionalnym3. W ten sposób kasta zawodowych polityków rozszerza strefę swoich wpływów, tworząc syntezę pierwszego i trzeciego sektora, wspólnie okopujących się przed „roszczeniami” niezadowolonych obywateli.

Warto pamiętać o tym obliczu „organizacji społecznych”, kiedy interpretujemy liczne badania trzeciego sektora. W żadnym z nich nie spotkałem pytań o powiązania polityczne liderów organizacji, pełnione przez nich funkcje w samorządzie czy wcześniejszą karierę (w tym również w aparacie PRL). Myślę, że wyniki takich badań byłyby szczególnie interesujące w zestawieniu ze strumieniami publicznych pieniędzy płynących do tego rodzaju „społeczników”.

Gdyby faktycznie dbać o publiczne pieniądze, efektywność systemu i sprawną realizację zadań publicznych, to należałoby przekazać pełną odpowiedzialność za ich realizację administracji samorządowej. Członkowie organizacji społecznych mogliby wtedy realizować konkretne zadania jako „podwykonawcy” (eksperci, specjaliści) dla odpowiedniej komórki w samorządzie. Jeśli wówczas usługi publiczne byłyby kiepskiej jakości, to przynajmniej widoczna będzie korelacja i odpowiedzialność za ten fakt z decyzjami politycznymi i administracyjnymi władzy lokalnej. W obecnym systemie władza może umywać ręce, a ludzie nie są tak wymagający względem „społeczników”, którzy mają „dobre serca”, ale nie zawsze odpowiednie umiejętności organizacyjne. Tymczasem edukacją, usługami socjalnymi i pomocą społeczną zajmuje się łącznie ok. 25% organizacji. W konsekwencji postępującej fali zlecania zadań publicznych organizacjom społecznym obawiam się pogorszenia już słabej jakości usług, za które jeszcze niedawno odpowiadało państwo. Niestety, kolejnym obszarem do „zagospodarowania przez NGO” jest edukacja – prowadzenie szkół i przedszkoli.

Warto dodać, że według badania „Życie codzienne organizacji pozarządowych w Polsce” główną domeną działania polskich NGO są sport, turystyka, rekreacja, hobby oraz kultura i sztuka – te kategorie tematyczne zostały zadeklarowane jako podstawowy obszar zainteresowań przez 55% organizacji. Można więc pokusić się o stwierdzenie, że główną dziedziną aktywności polskich NGO jest szeroko rozumiana organizacja czasu wolnego.

Czy w takim razie trzeci sektor jest nam w ogóle potrzebny? I czym ma się zajmować? Próbę odpowiedzi znajdziemy w „Diagnozie Społecznej”: Wobec słabości państw i agresywnej ekspansji globalizującej się komercji słabnie kultura i znika jej różnorodność – podstawowe przesłanki zrównoważonego rozwoju. Możliwe są trzy scenariusze: wzrost fundamentalizmu, rozwój czwartego sektora (grup przestępczych) lub rozwój trzeciego sektora (odnowienie społeczeństwa obywatelskiego). Jedyny efektywny scenariusz ratujący demokrację i gwarantujący zrównoważony rozwój to budowa trzeciego sektora. Ale to wymaga spełnienia co najmniej dwóch warunków definiujących kapitał społeczny […]: wzajemnego zaufania ludzi i znacznego udziału wolontariatu w populacji osób aktywnych zawodowo. […] Polska nie spełnia ani jednego z tych dwóch kryteriów społeczeństwa obywatelskiego.

W świetle powyższych rozważań nie jest istotne, czy NGO zajmuje się sportem, opieką nad dziećmi, czy dziennikarstwem obywatelskim. Ważne jest to, żeby wartością dodaną tej pracy była odbudowa społecznego zaufania oraz włączanie w swoją orbitę coraz większej liczby osób – jako członków i wolontariuszy. Wspólna praca i realizacja nawet najprostszych zadań są znacznie cenniejsze niż pogoń za finansami, profesjonalizacja czy rozwój infrastruktury, czyli te wszystkie „wartości”, które niestety są wskazywane przez społeczników jako największe bolączki swojego sektora.

Badania „Życie codzienne organizacji pozarządowych w Polsce” pokazują, że najbardziej cenionym przez trzeci sektor tematem szkoleń jest pozyskiwanie funduszy – 22% respondentów wskazało je jako najbardziej istotne. Pozyskiwanie wolontariuszy jako najważniejsze postrzega zaledwie 7%. Dla mnie szczególnie zaskakujące jest to, że najbardziej oczywista prawda – iż pieniądze są pochodną pracy i że źródła finansowania powinno się szukać w działalności odpłatnej i gospodarczej – jest zrozumiała jedynie dla 4% badanych. Najbardziej pożądaną tematyką szkoleń jest „pozyskiwanie funduszy”, ale tylko 4% organizacji chce dowiedzieć się, jak zarabiać pieniądze. Świadczy to moim zdaniem o roszczeniowości „społeczników”, którzy coraz lepiej wyceniają swoją pracę, gdy płaci za nią „państwo” lub inny sponsor instytucjonalny, ale nie bardzo chcą pracować, żeby zarobione pieniądze oddać na cel społeczny, tj. statutowe zadania swojej organizacji.

Nie można postawić zarzutu zupełnego braku działań i energii w trzecim sektorze. Pompowane są w niego niemałe pieniądze, powstają raporty pokazujące prężnie rosnące „społeczeństwo obywatelskie”, odbywają się setki szkoleń i warsztatów, w obiegu są tysiące publikacji „profesjonalizujących” działania organizacji pozarządowych. Jednak, jak powiedział kiedyś klasyk zarządzania, Peter Drucker, ruch to nie to samo co postęp.

Sądzę, że w dużej mierze za fasadowość „trzeciego sektora” odpowiadają trzy zasadnicze problemy: złe założenia strategiczne; niewielka liczba prostych, praktycznych działań pozwalających każdemu „dotknąć i zrozumieć”, czym jest i jak powinna działać demokracja; demotywujący system finansowania działań społecznych.

Błędne odpowiedzi

Dokumentem wyznaczającym kierunek rozwoju trzeciego sektora jest obecnie „Strategia wspierania rozwoju społeczeństwa obywatelskiego na lata 2009–2015” (SWRSO)4. W jej końcowych zaleceniach możemy przeczytać m.in.: Wiele wskazuje na to, że w Polsce mamy do czynienia z obywatelską apatią, a deficyt demokratyczny jest naprawdę głęboki. Ludzie często koncentrują się przede wszystkim na swoich własnych sprawach, a sprawy publiczne obchodzą ich coraz mniej. Aby umożliwić obywatelom aktywne uczestniczenie w życiu publicznym, trzeba stworzyć im odpowiednie warunki i wyposażyć ich w konkretne zasoby i umiejętności, które takie uczestnictwo umożliwiają5.

Czym mają być warunki, zasoby i umiejętności,w które mamy to apatyczne społeczeństwo wyposażyć? Twórcy SWRSO mają prostą, by nie rzec prostacką, odpowiedź: Świadomość społeczna (prawna, ekonomiczna, polityczna) jest funkcją aktywizacji obywateli w sprawach publicznych. Zrozumienie procesów społeczno-ekonomicznych, spraw publicznych, sytuacji życiowej jest możliwe jedynie poprzez skutecznie działający system bezpłatnej informacji, poradnictwa obywatelskiego i pomocy prawnej6[podkreślenie moje – S.S.].

Dokument wytyczający strategię tworzenia społeczeństwa obywatelskiego w Polsce, a w konsekwencji bazy dla ustroju demokratycznego, zakłada więc, że zrozumienie istoty samorządności i współdziałania, kształtowania procesów legislacyjnych, kontroli wydatków budżetowych, zależności między wyborem władzy a praktyką rządzenia, jest możliwe jedynie poprzez lekturę abstrakcyjnych czytanek w systemie bezpłatnej informacji oraz wskutek korzystania z porad prawnych w instytucjach, których nazwy i sposób działania kojarzą nam się głównie z przerośniętą i „nieprzyjazną” biurokracją. Taki pomysł można porównać do chęci nauczenia kogoś łowienia ryb nie poprzez zaoferowanie wędki i wskazanie akwenu wodnego, lecz za pomocą pokazania ich na obrazku i pobieżnym wytłumaczeniu, jak kręcić kołowrotkiem i kiedy zacinać.

Dotknąć i zrozumieć

Jak napisał kiedyś Edward Abbey, najlepszą receptą na bolączki demokracji jest więcej demokracji. W naszym kraju, dzięki intensywnej pracy „edukacyjnej” NGO, można o demokracji dużo usłyszeć, za to próba jej dotknięcia przypomina pogoń za jednorożcem. „Pozarządowcy” produkują tony zadrukowanego papieru i jeszcze więcej bitów poukładanych w setki stron internetowych, na których rekordy popularności biją słowa „partycypacja” i „aktywizacja”. Gdyby demokrację mierzyć zestawieniem słów-kluczy pojawiających się w publikacjach polskiego trzeciego sektora, to Szwajcarzy mogliby do nas przyjeżdżać po nauki na wizyty studyjne. Jednak realia, takie jak malejąca liczba członków stowarzyszeń czy rosnąca przepaść między działaniami decydentów a „głosem społecznym”, pokazują nam, że mamy do czynienia z głębokim kryzysem polskiej demokracji i zaangażowania obywateli w życie społeczno-polityczne.

Sam trzeci sektor ma tu bardzo dużo do nadrobienia. W „pozarządówce” mnóstwo jest wolontariuszy i pracowników, a rzadko kiedy słyszy się o tym, że ktoś jest po prostu członkiem jakiejś organizacji. W „edukacji obywatelskiej” wiodą prym fundacje o zhierarchizowanej strukturze, mające tyle wspólnego z samorządnością i samoorganizacją, co właścicielskie spółki kapitałowe.

Moim zdaniem powinno być to światło ostrzegawcze dla twórców systemu, że z pisania i edukacji nakierowanej głównie na zmianę wiedzy wynika niewiele. Między informacją/wiedzą a działaniem mamy do pokonania jeszcze jeden schodek. Jest nim zmiana postawy. Jak ją osiągnąć? Dziecko nie nauczy się czytania książek wskutek słuchania opowieści o ich czytaniu. Nabierze takiego nawyku, jeśli będziemy mu czytali książki i gdy samo zaobserwuje nas czytających. Nie zrozumie objaśnień, że żelazko jest gorące, a woda mokra. Pojęcia gorąca czy wilgoci będą dla niego abstrakcyjne, dopóki się nie sparzy czy nie zanurzy ręki w wodzie. Tak samo abstrakcyjnym pojęciem dla znacznej większości naszego społeczeństwa jest demokracja. Skąd mają ją znać, skąd mają wiedzieć, jak działa, skoro nigdy jej nie dotknęli? Przez dwa pokolenia ktoś za nich myślał i decydował, a gdy chcieli zrobić coś po swojemu – walił pałką przez plecy.

Potrzebujemy nauki demokracji od samych podstaw poprzez działania praktyczne, począwszy od najmłodszych lat. Jest na to wiele miejsc: samorząd szkolny i klasowy, wspólnota mieszkaniowa, koła zainteresowań, kluby osiedlowe czy miejsca pracy, w których spędzamy znaczną część życia. To w mikroorganizacjach demokratycznych może kształtować się praktyczny i dobrze rozumiany „duch polityczny” społeczeństwa obywatelskiego.

Jeśli ludzie nie poznają w praktyce, co oznacza możliwość zmiany szefa (głosami walnego zebrania), który działa na niekorzyść ich wspólnej organizacji; jeśli nie nauczą się rozumieć i uchwalać zapisów w statucie, dzięki którym będą mieli wpływ na swoje miejsce zamieszkania; jeśli dzieci nie będą mogły odwołać przewodniczącego klasy, który mimo że jest pupilkiem wychowawczyni, to nie zdobył zaufania całej klasy; jeśli pracownicy nie poczują, że ich firma może zbankrutować, gdy nie wezmą się wszyscy solidarnie do pracy – to trudno oczekiwać, że jako mieszkańcy miasta czy gminy będą partycypować w stanowieniu lokalnego prawa, dbać o rzetelne wydawanie publicznych pieniędzy, a na szczeblu państwa nie pozostawią „zarządzania” naszym wspólnym majątkiem ludziom, którym nie ufają, oraz nie będą poddani regulacjom, które działają na ich szkodę.

Dopiero poprzez tak rozumianą praktykę ludzie mogą poznać na własnej skórze znaczenie słów „współodpowiedzialność”, „współdecydowanie”, „współdziałanie” i „solidarność”. Nie nauczą ich tego nawet najlepszy prawnik, „trener pozarządowy”, strona internetowa czy kurs lub warsztat „aktywności obywatelskiej”.

Mechanizmy finansowania

Trzecim z winowajców słabości społeczeństwa obywatelskiego jest demotywujący i ubezwłasnowolniający model finansowania działalności organizacji pozarządowych. Owocuje on „uwiązaniem u klamki” sponsora, którymi najczęściej są administracja państwowa oraz lokalny „układ” polityczny. W efekcie przestają one czuć obywatelski „oddech na plecach”, który w teoretycznych założeniach miał być formą kontroli władzy. Zamienia się on w żałosne sapanie o dotacje na utrzymanie biura i etatów dla zawodowych „aktywistów”.

Jest to przyczyną procesu, który Agnieszka Graff nazwała „NGO-izacją”. Organizacje pozarządowe wyrastają z pewnej odważnej, wręcz utopijnej wizji sprawiedliwości, z pragnienia głębokiej zmiany społecznej. Jednak odchodzą od tej szerokiej perspektywy, bo zajęte są własnym przetrwaniem. Ubiegają się o granty, uczą się biurokratycznej nowomowy, a realizując wymagania systemu, zatracają własną antysystemową tożsamość7. Nic dziwnego, skoro system wymagający od nich przede wszystkim sprawnego rozliczania przyznawanych dotacji wytworzył specyficzny rynek – premiuje on tych, którzy lepiej przyswoili urzędowy żargon i potrafią sprawniej „absorbować środki”.

Co gorsza, organizacje do swoich działań coraz mniej potrzebują społeczeństwa. W ciekawy sposób podsumowuje to w swoich badaniach nad kampaniami 1% dr Grażyna Piechota: Badania pokazują rosnącą tendencję do przekazywania 1 procenta podatku, ale jednocześnie towarzyszy temu przekaz „bo nic nas to nie kosztuje” (takie sentencje słychać dość często w samych przekazach medialnych skierowanych przez organizacje do otoczenia). To prawda, koszt społecznego zaangażowania jest praktycznie żaden […]. Tym samym odczuwalny staje się dysonans polegający na zachęcaniu Polaków do wspierania organizacji, a zatem pewnej społecznej aktywności, ale zarazem podkreślania faktu, że nie wymaga to żadnego zaangażowania. […] Można zatem apele płynące od samych organizacji pożytku publicznego odczytywać jako następujący przekaz: dajcie nam pieniądze, a my zrealizujemy zakładane cele i ukształtujemy instytucje społeczeństwa obywatelskiego. Bez obywateli!

Słuszna wydaje się uwaga, że Jednym z warunków rzeczywistego rozwoju potencjału społeczeństwa obywatelskiego jest posiadanie przez organizacje pozarządowe własnego majątku8. Skąd ten majątek ma się brać? Przyjęte w Polsce zasady zakładają, że każda niewykorzystana (zaoszczędzona) złotówka pochodząca z dotacji musi zostać zwrócona sponsorowi, a jakakolwiek nadwyżka finansowa na koniec roku wywołuje panikę w działach księgowości organizacji społecznych, bo działalność pożytku publicznego musi bilansować się na zero. Ten model zdecydowanie trafniej byłoby nazwać społeczeństwem charytatywnym niż obywatelskim.

W modelu charytatywnym (patronackim) działania na rzecz wspólnoty mają swojego patrona, który je finansuje. To patron decyduje, na co i komu dać pieniądze. Jego siła wynika z posiadanych funduszy, dzięki którym może on „kupić” usługi charytatywne czy zapewnić infrastrukturę niezbędną do ich świadczenia. W przyjętym w Polsce modelu finansowania NGO z dotacji publicznych oraz z ochłapów rzucanych przez działy marketingu wielkich firm niezależność organizacji obywatelskich należy włożyć między bajki.

Model obywatelski (samorządny) opiera się w pierwszej kolejności na aktywnej i autonomicznej współpracy ludzi. Do działania potrzebują oni łączącego ich systemu wartości i zaufania, czyli bazą jest kapitał społeczny. Jednak niezależność trzeciego sektora nie może polegać na zastąpieniu pieniędzy od sponsorów – wolontariatem.

Podsumowując: organizacje społeczne, wykastrowane z politycznego zaangażowania i swoistej „antysystemowości” oraz pozbawione siły płynącej z gospodarczej niezależności, z potencjalnie prężnego i bojowego organizmu stojącego w awangardzie walki o lepszy świat stają się mizernym „planktonem” rozdrobnionych i nic nie znaczących „organizacji pozarządowych”, uzupełnianym wąską kastą (często upolitycznionych) organizacji-molochów, przerabiających miliony publicznych złotych na badania i publikacje uzasadniające „systemową” konieczność ich istnienia. Kluczowym zadaniem tej kategorii podmiotów jest podtrzymywanie status quo.

Próba przełamania impasu

Uważam, że aby stworzyć państwo rzeczywiście demokratyczne, powinniśmy opierać się na strukturach łączących społeczne zaangażowanie, świadomość polityczną oraz samodzielność ekonomiczną (przedsiębiorczość).

Niewykluczone, że koncepcja „trzeciego sektora” sprawdza się w bardziej stabilnych demokracjach, osadzonych w innej kulturze, kształtowanej od wielu dekad, z administracją, która samoistnie dąży do modelu governance not government, i politykami, którzy traktują swoje zajęcie jako służbę. Potencjalnie ten model ma bez wątpienia liczne zalety, ale wymaga znacznie dłuższego okresu „programowania” i nie powstanie w próżni.Zatem zamiast się obrażać na „niedojrzałe” społeczeństwo, może warto wyjść mu naprzeciw i wdrażać demokratyczne procedury i zasady gospodarki społecznej w takich obszarach, gdzie ta aktywność się pojawia.

Zamiast zlecać organizacjom gotowe zadania, państwo powinno przyjąć rolę podobną do tej, jaką pełnią finansiści venture capital dla start-upów biznesowych, czyli wprowadzić strategie i procedury premiujące te organizacje, które wykażą w swoim „biznesplanie” pomysły na pokrycie kosztów niezbędnej infrastruktury, plany rozwoju bazy społecznej dla swoich działań, rozumiane jako relacje „oferta – odbiorcy”, i wiarygodne wskaźniki pomiaru rocznego „zwrotu kapitału społecznego” uzyskiwany dzięki rosnącej liczbie odbiorców działań (zaangażowanych w pomoc, wolontariat, partycypację w zarządzaniu organizacją itd.).

Nowy trzeci sektor powinien być tworzony przez organizacje hybrydowe, mające własne, stabilne źródła finansowania, twardy fundament aksjologiczny i praktyczne działania zmierzające do angażowania wokół siebie społeczności, budowania kadr i poczucia identyfikacji z organizacją.

Krokiem w dobrą stronę jest w mojej opinii przedsiębiorczość społeczna, oparta na ustawie o spółdzielniach socjalnych oraz na rosnących zachętach dla NGO do usamodzielniania się finansowego poprzez działalność odpłatną i gospodarczą. Chodzi o podejmowanie działalności biznesowej przez stowarzyszenia, które bazując na posiadanym „kapitale ludzkim” (członkach stowarzyszenia), mogą tworzyć wzorcowe miejsca pracy o demokratycznej strukturze własności, odpowiedzialności zarządu wobec pracowników – przy jednoczesnym zaangażowaniu „firmy” w osiąganie wyznaczonych celów społecznych. Rozwój takich mikrostruktur demokracji można rozumieć jako tworzenie stabilnych i niezależnych komórek, które poprzez lokalne, regionalne i ogólnopolskie związki (stowarzyszenia osób prawnych) utworzą większe tkanki demokratycznego, samorządnego i w znacznej mierze samowystarczalnego gospodarczo społeczeństwa obywatelskiego.

W takiej sytuacji system publicznych dotacji dla NGO mógłby stać się jedynie dodatkiem i wsparciemdla dążącego do autonomii ekonomicznej modelu samofinansowania działań statutowych. W ramach zapewniania ciągłości finansowania organizacji pożytku publicznego strategiczną zasadą powinno być traktowanie zleceń publicznych na równi z aktywnością o charakterze przedsiębiorczym.

Co powinno charakteryzować „etosowe” i faktycznie demokratyczne przedsiębiorstwa społeczne, jeśli mają one być bazą dla emancypacji i zaangażowania społecznego? Kluczowe zasady organizacyjne można zawrzeć w następujących postulatach.

Równość. Jedna osoba = jeden głos. To fundamentalna różnica w stosunku do spółek kapitałowych, a także – o czym mówi się rzadko – fundacji. Zasada równości ma kluczowe znaczenie nie tylko w przypadku demokratycznych przedsiębiorstw, ale i całego systemu społecznego. Przyjęcie „nierynkowej” zasady, że podczas walnego zebrania członków, tak jak i podczas wyborów powszechnych, głos sprzątaczki jest równoważny głosowi prezesa, ma ważne znaczenie aksjologiczne. Oznacza poszanowanie ludzkiej godności i wartości pracy; jest też punktem wyjścia w walce o rzeczywistą równość szans. Wreszcie – możliwość współdecydowania na równych prawach posiada silne działanie motywacyjne, zachęca do rozwijania własnych kompetencji, większej ofiarności, wzmacnia rolę kooperacji i zmniejsza wewnętrzną konkurencję. Walne zebranie, które ma dostęp do dokumentów finansowych i ufa komisji rewizyjnej, znając doskonale kompetencje ludzi w swojej organizacji, ma najlepsze predyspozycje do podejmowania decyzji strategicznych.

Współwłasność = współodpowiedzialność. Polskie społeczeństwo oduczono dbania o „wspólne”, które zdaniem wielu oznacza „niczyje”. Dlatego konieczne jest akcentowanie współwłasności i współodpowiedzialności (również materialnej) na najbardziej podstawowych szczeblach naszego życia. Zacząć trzeba od zwiększania skali współwłasności w gospodarce. Mamy zdecydowanie mniejsze skłonności do „okradania” samych siebie niż naszych (często nielubianych) pracodawców.

Demokratyczna kontrola i samorządność. Możliwość stanowienia „prawa lokalnego”, zgodnego z wolą „udziałowców”, jest jednocześnie nauką korzystania z procedur demokratycznych na wyższych szczeblach organizacji społeczeństwa. Nieobecny na walnym zebraniu nie ma głosu i musi podporządkować się prawu, które ktoś ustanowił w jego imieniu. Nie ma też wpływu na wybór władz, których decyzje będą go obowiązywały. Z drugiej strony zasady, na które zgadzamy się dobrowolnie pod wpływem racjonalnej argumentacji, a zwłaszcza te, które współtworzymy, stosujemy w praktyce znacznie chętniej niż prawo oparte na odgórnych nakazach.

Otwartość. Model inkluzyjny jest najbardziej istotną cechą dającą przewagę konkurencyjną nad biznesem opartym na kapitale finansowym. Jeżeli biznes społeczny ma się opierać na wiedzy i umiejętnościach członków, to zwiększanie jakości oraz liczebności bazy członkowskiej jest priorytetowym działaniem strategicznym.

Edukacja. Jakość pracy i postawę członków/pracowników należy poprawiać poprzez nieustanne podnoszenie ich wiedzy oraz morale. Szkolenia, pogadanki ideowe, spotkania wewnętrzne, pokazy filmów, dyskusje na tematy społeczne itd., innymi słowy działania na rzecz rozwijania wiedzy, umiejętności i ducha członków organizacji powinny należeć do kluczowych form jej aktywności. Koncentracja wyłącznie na osiąganiu sprawności ekonomicznej prowadzi wcześniej czy później do przyjęcia logiki spółek kapitałowych i prymatu zysku nad wartościami humanistycznymi.

Kadencyjność władz. Edukacja i samokształcenie umożliwiają „przejmowanie pałeczki” przez kolejne pokolenia działaczy. Jest to szczególnie istotne w szybko zmieniającym się świecie rewolucji informacyjnej, w którym zarząd pozbawiony dopływu „świeżej krwi” może przestać rozumieć otaczającą rzeczywistość albo nie umieć wykorzystać szans, jakie oferują nowe technologie i rozwiązania.

Państwo, jeśli ma animować rozwój tego typu przedsięwzięć, powinno mocniej akcentować finansowanie działań zmierzających do trwałego ustalania procedur organizacyjnych oraz wspierać w pierwszej kolejności tych, którzy działają w zgodzie z powyższym kanonem zasad samoorganizacji. Więcej uwagi przykładać do zasad i metod działania niż wyłącznie do efektów, jakie są osiągnięte dzięki „realizacji projektów”. Ważnym zadaniem dla budowania sensownego trzeciego sektora nie jest odpowiedź na pytanie, co mają robić organizacje, ale w jaki sposób.Odpowiednio zorganizowana fabryka gwoździ może być lepszą szkołą demokracji i partycypacji niż zhierarchizowana fundacja publikująca dziesiątki podręczników na temat „aktywności obywatelskiej”.

Artykuł ukazał się pierwotnie w kwartalniku Nowy Obywatel, Wiosna 2013.

Szymon Surmacz

Szymon Surmacz – animator przedsiębiorczości społecznej, szkoleniowiec. Specjalista w zakresie wykorzystywania do celów społecznych: marketingu oraz technik multimedialnych i informatycznych. Współzałożyciel kwartalnika “Nowy Obywatel” oraz współtwórca koncepcji i redaktor czasopisma “JAK robić biznes społeczny”, aktywista ruchów opartych na współpracy i wymianie (OpenSource i Creative Commons). Specjalizuje się w tworzeniu i rozwijaniu przedsiębiorstw, których głównym celem jest tworzenie zmian społecznych, a nie maksymalizacja zysków właścicieli czy udziałowców. Za najlepsze do tego celu uważa metody planowania biznesowego oparte na badaniu potrzeb i zaangażowaniu klientów: customer development, lean startup i business model generation.
Współpracuje z kilkudziesięcioma organizacjami pozarządowymi i spółdzielniami socjalnymi w całej Polsce. Popularyzator polskich tradycji spółdzielczych i aktywności społecznej. Członek grupy roboczej ds. edukacji przy Zespole ds. rozwiązań systemowych w zakresie ekonomii społecznej w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej (funkcja społeczna).

Przypisy:

1. W tekście odwołuję się do: Diagnoza Społeczna 2011. Warunki i jakość życia Polaków, red. J. Czapiński, T. Panek, Warszawa 2011; Życie codzienne organizacji pozarządowych w Polsce, Stowarzyszenie Klon/Jawor, Warszawa 2012; G. Piechota, Organizacje pożytku publicznego – w drodze do społeczeństwa obywatelskiego?, Katowice 2011; Narastające dysfunkcje, zasadnicze dylematy, konieczne działania. Raport o stanie samorządności terytorialnej w Polsce, Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie, Małopolska Szkoła Administracji Publicznej, Kraków 2013. Badań wskazujących wprost lub pośrednio na słabości trzeciego sektora jest znacznie więcej, warto przyjrzeć się np. publikacjom wydawanym w ramach projektu „Decydujmy Razem”: http://www.decydujmyrazem.pl/publikacje/decydujmy_razem_.html oraz regularnie aktualizowanym badaniom trzeciego sektora publikowanym na portalu http://civicpedia.ngo.pl/

2. W praktyce działania NGO istotne jest rozróżnianie tych pojęć. Wspieranie oznacza konieczność posiadania w NGO własnych środków; powierzanie jest związane z całkowitym przerzuceniem wykonania zadania na NGO, które dostaje pełne dofinansowanie w postaci dotacji. W praktyce najczęściej stosuje się wspieranie w drodze konkursów.

3. Narastające dysfunkcje…, op. cit., s. 32.

4. Załącznik do uchwały nr 240/2008 Rady Ministrów z dnia 4 listopada 2008 r.

5. SWRSO, s. 42.

6. SWRSO, s. 43.

7. A. Graff, Urzędasy, bez serc, bez ducha, wyborcza.pl, 6 stycznia 2010, http://wyborcza.pl/1,75515,7425493,Urzedasy__bez_serc__bez_
ducha__Organizacje_pozarzadowe_.html

8. Prof. Ewa Leś, Rola Rady Działalności Pożytku Publicznego w kształtowaniu polskiego dialogu obywatelskiego i demokracji uczestniczącej, wykład wygłoszony podczas inauguracyjnego posiedzenia Rady Działalności Pożytku Publicznego, 27 listopada 2003 r.