Spółdzielnie były w PRL jednym z symboli przymusu w życiu społecznym oraz braku efektywności w gospodarce. Dziś coraz więcej osób odkrywa, że podobnie jak przed wojną, autentyczna, oddolna spółdzielczość może stać u podstaw świetnie prosperujących firm oraz innowacyjnych inicjatyw społecznych.

Spółdzielnia to brzmi… niejasno

Ponieważ system nakazowo-rozdzielczy wypaczył zarówno ideały, jak i zasady funkcjonowania spółdzielczości, warto zacząć od próby zdefiniowania „prawdziwej” spółdzielni. W szerszym znaczeniu można za nią uznać każde dobrowolne i samorządne zrzeszenie osób, które postanowiły „zsumować” swoje zasoby – umiejętności, kapitał czy siłę nabywczą – by lepiej zaspokajać wspólne potrzeby ekonomiczne, społeczne czy kulturalne. Jak najpełniejsze odpowiadanie na konkretne potrzeby społeczne pozostaje ich zasadniczym celem, odróżniając je np. od spółek kapitałowych, które koncentrują się na maksymalizacji zysku swoich właścicieli. Racją istnienia zdrowych spółdzielni mieszkaniowych jest budowa i/lub administrowanie nieruchomościami w interesie ogółu lokatorów i lokatorek; spółdzielnie pracy są formą samoorganizacji na rynku zatrudnienia, wzmacniającej pozycję tworzących je osób; kooperatywy spożywców oraz grupy producenckie służą odpowiednio konsumentom oraz rolnikom, m.in. umożliwiając im omijanie pośredników, i tak dalej.

Prawo zawęża pojęcie spółdzielni do przedsięwzięć, które dążą do zaspokajania owych potrzeb na drodze działalności gospodarczej, prowadzonej w formie przedsiębiorstwa. Funkcjonuje ono w oparciu o prawo spółdzielcze oraz wewnętrzny statut, który określa ponadto ramy działalności społecznej, prowadzonej przez spółdzielnię na rzecz członków i członkiń oraz ich otoczenia. Sama forma prawna nie przesądza jednak o realnie kooperatywnym charakterze danej inicjatywy. Przykładowo, nawet najbardziej demokratyczny statut nie gwarantuje powszechnego zaangażowania uczestników i uczestniczek w jej funkcjonowanie, dlatego część firm spółdzielczych, zwłaszcza dużych, niełatwo w praktyce odróżnić od np. spółek akcyjnych. Choć nadal mogą mieć one istotne zalety w porównaniu do swoich typowo komercyjnych odpowiedników, czego przykładem może być spółdzielczość oszczędnościowo-kredytowa, to nie one są bohaterkami pięknej historii pożytków z solidarnego i demokratycznego współdziałania.

Historia nauczycielką współpracy

Polska ma wspaniałe tradycje gospodarki nie nastawionej na zysk, sięgające czasów zaborów, a następnie międzywojnia. Działały wówczas liczne spółdzielnie produkcyjne i handlowe, ale i kooperatywne placówki edukacyjne czy medyczne, ambitne spółdzielcze wydawnictwa itp. W warunkach skrajnej biedy spontanicznie zawiązywały się inicjatywy, które zapewniały swoim członkom i członkiniom pracę, ułatwiały dostęp do dóbr konsumpcyjnych, pożyczek czy oświaty, oferowały ubezpieczenia społeczne… Spółdzielnie są zrzeszeniami tych, którzy są bezradni w pojedynkę i przez to wyzyskiwani. Jednostki gospodarczo słabe organizują się w spółdzielnie właśnie w tym celu, aby przez prowadzenie wspólnego przedsiębiorstwa chronić się przed wyzyskiem, lepiej zaspakajać swoje potrzeby, podnosić swoje gospodarstwo lub usuwać, a przynajmniej zmniejszać krzywdę przy sprzedaży swojej pracy lub jej wytworów – pisał w 1936 r. Jan Wolski, gigant polskiej spółdzielczości pracy, a rzeczywistość tamtych czasów potwierdzała skuteczność propagowanej przez niego formuły. Dość powiedzieć, że „Społem” było przed wojną największą i najnowocześniejszą instytucją handlową na ziemiach polskich, chroniącą setki tysięcy rodzin przed zachłannością kupców-kapitalistów. Wybitni ludzie kultury, jak Stefan Żeromski czy Maria Dąbrowska, aktywnie angażowali się wówczas w ruch spółdzielczy, a liczne formacje polityczne miały w programach wspieranie tej formy gospodarowania.

Niestety, po 1945 r. zabrakło przestrzeni dla aktywności społeczno-gospodarczej znajdującej się poza kontrolą Partii. Spółdzielczość de facto znacjonalizowano i włączono w scentralizowaną machinę gospodarczą państwa, przyznającą jej „z rozdzielnika” zasoby i zadania produkcyjne; potrzeby członków/członkiń czy klientów/klientek, a nawet rachunek ekonomiczny zeszły na dalszy plan. Spowodowało to, że kolejna zmiana ustroju zastała ten sektor rozwiniętym, ale słabo zarządzanym i obciążonym licznymi negatywnymi skojarzeniami. Co więcej, sami członkowie i członkinie, nie mający w spółdzielniach zbyt wiele do powiedzenia, przestali o nich myśleć jako o wspólnym dobru. Ogólna podejrzliwość wobec działań zbiorowych oraz kult konkurencji i indywidualnego sukcesu, a ponadto skrajnie niesprzyjająca spółdzielczości polityka państwa, dopełniły dzieła. Choć wiele podmiotów noszących tę nazwę przetrwało transformację, a pewien ich odsetek stara się być wierny tradycyjnym wartościom ruchu kooperatywnego, w pewnym momencie piękne słowo „spółdzielnia” do końca utraciło swój dawny blask.

Powrót do korzeni

Dobrowolne współdziałanie w imię zaspakajania wspólnych potrzeb jest jednak tak naturalną formą życia społecznego, że na dłuższą metę nawet sojusz realnego socjalizmu z dzikim kapitalizmem okazał się dla niego zbyt słabym przeciwnikiem. Powoli, ale nieustająco pojawiają się nowe inicjatywy oparte o klasyczne zasady spółdzielcze, zakładane przez ludzi wolnych od popeerelowskich stereotypów, a nierzadko bezpośrednio zainspirowanych przedwojenną polską kooperacją. Szczególnie krzepiący przykład „nowej spółdzielczości” stanowią niektóre spółdzielnie socjalne, oraz ruch kooperatyw spożywczych.

Pierwszy ze wspomnianych typów spółdzielni, których funkcjonuje już w Polsce ok. 500, ma na celu przywracanie na rynek pracy osób, które z jakichś powodów się na nim nie odnajdują. Znajdują w nich swoje miejsce niepełnosprawni, byli więźniowie, uchodźcy czy osoby wychodzące z uzależnienia, ale także niepokorna młodzież, dla której oczywistym modelem jest partnerska współpraca, a nie sztywne hierarchie i „wyścig szczurów”. Liczą zazwyczaj od pięciu do dziewięciu członków/członkiń i w większości zajmują się świadczeniem różnego rodzaju usług, od kopiowania dokumentów czy pielęgnacji terenów zielonych, przez organizację imprez i pośrednictwo nieruchomości, aż po specjalistyczne testy stron internetowych, pod kątem ich użyteczności dla osób o różnych niepełnosprawnościach.

Z kolei pączkująca spółdzielczość spożywców opiera się na genialnie prostej obserwacji, że zorganizowani konsumenci i konsumentki mogą kupować taniej (po cenach hurtowych, z pominięciem pośrednictwa) i z gwarancją jakości. Kooperatywy konsumenckie, mające jak na razie nieformalny charakter, najpełniej realizują tradycyjne ideały spółdzielcze, które nakazują m.in. otwartość na nowych członków i członkinie, niezależnie od ich pochodzenia społecznego czy poglądów, pielęgnowanie wewnętrznej demokracji (zgodnie z zasadą „jeden człowiek – jeden głos”), oraz współpracę z innymi inicjatywami spółdzielczymi, w formie np. wymiany wiedzy czy usług. Wszystkie te cechy kooperatywy spożywców, zdaniem duchowego ojca polskiej spółdzielczości, Edwarda Abramowskiego, czynią z niej „szkołę społeczną”, w której ludzie uczą się sami radzić nad swoimi sprawami, organizować je, działać zbiorowo i solidarnie, reformować warunki swego bytu własnym umysłem i własnymi siłami, gdzie poznają w praktyce złożony mechanizm ekonomiczny i społeczny dzisiejszego życia i sposoby zarządzania nim.

Od serca, ale z kalkulatorem

Spółdzielczość bez wątpienia nie stanowi panaceum na wszystkie bolączki społeczne, nie jest też wolna od patologii, np. na tle unijnych dotacji, płynących wartkim strumieniem do tej kategorii przedsiębiorstw. Wreszcie, w niektórych przypadkach swego rodzaju idealizm, wpisany w kooperatywne formy prowadzenia działalności biznesowej, utrudnia efektywne konkurowanie z podmiotami czysto komercyjnymi. Nie ulega jednak wątpliwości, że zdrowa spółdzielczość może odegrać w życiu społecznym ważną rolę, zwłaszcza jako lokalny dostawca produktów czy usług, których nie chce lub nie potrafi dostarczyć rynek ani państwo.

Odbudowa struktur spółdzielczych oraz etosu kooperatywnego, idącego w poprzek dominujących wzorców kulturowych – to zadanie na lata, jeśli nie dziesięciolecia. Sen o spółdzielczej potędze ziści się jedynie wówczas, jeśli ta forma aktywności przyciągnie ludzi ambitnych i przedsiębiorczych, łączących zmysł biznesowy ze społecznikowską wrażliwością. Kto wie, może niektórzy i niektóre z nich właśnie czytają ten tekst?

Michał Sobczyk

Tekst pierwotnie ukazał się w niezależnym miesięczniku „Zgrzyt”, gazetazgrzyt.pl (kwiecień 2012)