Przywykliśmy już do tego, że terminu „demokracja” używa się współcześnie do opisu kombinacji wybieralnych instytucji przedstawicielskich i niewybieralnego aparatu urzędniczego. Prawodawcy dopuszczają czasem formy demokracji bezpośredniej, jednak mają one charakter wyłącznie uzupełniający i ograniczony. Współczesna demokracja bezpośrednia działa, opierając się na referendach i obywatelskich inicjatywach ustawodawczych. Inne jej formy, takie jak demokracja uczestnicząca, w zasadzie nie występują w praktyce państwowej. Samorządy oparte na zasadach demokracji uczestniczącej należą ciągle do wyjątków. Łączą one w sobie cechy demokracji deliberacyjnej (opartej na tworzeniu przestrzeni wspólnego dialogu, namysłu i negocjacji bez podlegania zewnętrznym naciskom), bezpośredniej (polegającej na głosowaniu podczas zgromadzenia) i mandatowej (wyposażającej delegatów w instrukcje od wyborców). System demokracji uczestniczącej określany jest jako przykład tzw. grassroots democracy, czyli demokratycznego podejmowania decyzji w sposób bezpośredni, na poziomie zwykłych obywateli. Najprościej można opisać cechy demokracji uczestniczącej, porównując je z innymi formami sprawowania rządów.

Zacznijmy od najbardziej rozpowszechnionej w świecie demokracji pośredniej, partyjnej. Polega ona zasadniczo na przekazaniu całej władzy reprezentantom w parlamencie, radzie miasta itp., nie zaś na rządzeniu osobiście. Wyborca oddający głos na posła nie odgrywa samodzielnej roli w polityce, wszelkie programy partyjne i projekty ustaw tworzy się bez jego udziału. Demokracja ograniczona do aktu głosowania na przedstawicieli prowadzi do wykluczenia z demokratycznej wspólnoty obywateli, którzy nie uczestniczą w akcie głosowania, świadomie oddają głos nieważny lub głosują na przegranych kandydatów. Czy można dobrze rządzić, ignorując opinie tych osób? Każdy obywatel ma formalne prawo do współdecydowania o przyszłości swojego miasta, powiatu i kraju, wyrażane symbolicznie i praktycznie poprzez kartkę do głosowania, ale to prawo zostaje zawieszone w chwili wrzucenia kartki do urny, przekazane zwycięzcy zmagań wyborczych na cały czas trwania jego mandatu, aż do następnego głosowania. Zwycięzca wyborów ma prawo przez cały czas swojej kadencji realizować dowolną politykę, bez porozumienia i uzgodnienia swojego postępowania z wolą mieszkańców swego okręgu wyborczego. W krańcowej sytuacji wybrany może nigdy nie spotkać się z tymi, którzy go wybrali ani też nie zdać im sprawozdania z tego, co robił podczas trwania kadencji, bez żadnych sankcji. Kolejne ograniczenie samodzielności wyborcy polega na tym, że obywatel utożsamiający się tylko z częścią programu partii politycznej nie może wyrazić swojego stanowiska w akcie głosowania. Jeśli wyborca popiera politykę ekonomiczną jednej partii, politykę zagraniczną drugiej partii i pomysły, których brak w programie jakiejkolwiek partii, to nie może głosować zgodnie ze swymi poglądami i musi wyrzec się części z nich lub bojkotować wybory. Wybory mogą też prowadzić do efektu „marnowania głosów”, kiedy opinie wyrażone w akcie głosowania nie liczą się równo w późniejszym procesie decyzyjnym. Posłużę się znanym przykładem z Kanady, gdzie w wyborach z 1988 r. Partia Konserwatywna uzyskała 43% głosów, utworzyła rząd i wcieliła w życie Wolną Umowę Handlową (Free Trade Agreement – FTA) USA i Kanady, jakkolwiek większość głosujących (w sumie 52%) opowiedziało się za partiami przeciwnymi Wolnej Umowie Handlowej. Z drugiej strony treści programów partyjnych stają się stopniowo coraz bardziej ogólnikowe, niezwykle podobne do siebie, pełne sloganów lub niezrozumiałe i chaotyczne, dlatego program przestaje być głównym kryterium decyzji wyborców, ich uwaga skupia się raczej na cechach osobowych liderów poszczególnych partii. Kwestia reprezentacji politycznej określonych grup społecznych coraz rzadziej jest tematem kampanii wyborczych. Poseł, burmistrz czy radny mają rzekomo reprezentować ogół mieszkańców swojego okręgu, nawet jeśli ci ostatni wykazują sprzeczne dążenia. Czy można być równocześnie przedstawicielem lokatorów i właścicieli nieruchomości, osób z klasy średniej i bezdomnych, pracodawców i pracowników? W rezultacie przedstawiciel sam decyduje, kogo będzie reprezentował w pierwszej kolejności, kto zaś pozostanie bez wpływu na bieg spraw publicznych. Obywatele pozbawieni są także kontroli nad finansami publicznymi. Wolno im nie wybierać określonych polityków na drugą kadencję, ale nie mogą przeciwdziałać marnotrawieniu funduszy publicznych, nikt spośród przedstawicieli nie ponosi majątkowej odpowiedzialności za błędne decyzje. Również programy grantowe i dotacje nie stanowią gwarancji udziału społeczności w tworzeniu lokalnej polityki. Większość grantów przyznawana jest organizacjom o nastawieniu zachowawczym lub też tym, które utrzymują dobre stosunki z urzędnikami, radnymi czy posłami. Powstaje w ten sposób bariera dla wprowadzania innowacji, reform oraz zaspokajania potrzeb nowych społeczności.

Natomiast demokracja uczestnicząca realizuje się przez samorząd rozumiany jako samodzielne sprawowanie zarządu nad sprawami lokalnymi przez samych mieszkańców. Jeśli w demokracji przedstawicielskiej cele i zasady polityki oraz większość projektów reform powstają w zaciszu gabinetów, to w demokracji uczestniczącej inicjatywa znajduje się w rękach społeczności lokalnej. Demokracja przedstawicielska bazuje na pasywnym i posłusznym w swej masie elektoracie, który periodycznie uczestniczy w wyborach, lecz traci wszelkie pozory władzy po zakończeniu akcji wyborczej. W odróżnieniu od niej nie sposób wyobrazić sobie funkcjonowania demokracji uczestniczącej bez aktywności obywatelskiej. Szkielet zasad ustrojowych tworzą w tym wypadku zgromadzenia obywatelskie, a rola ciał przedstawicielskich ogranicza się do funkcji pomocniczych i koordynujących.

Czy nie prościej byłoby jednak przeprowadzać regularnie referenda i na tej podstawie wytyczać kierunki polityki lokalnej i krajowej? Otóż zwolennicy demokracji uczestniczącej utrzymują, że „uczestnictwo wyborcze” nie jest prawdziwą ani właściwą formą aktywności obywatelskiej. Chodzi bowiem o coś więcej niż wrzucanie kartki do urny. W mocnym, jak mówią, nierozcieńczonym znaczeniu tego słowa, uczestnictwo polegać ma na byciu panem samego siebie, samorealizacji i samokształceniu przez udział w publicznej debacie i kreowanie wspólnej polityki.

Inna sprawa, że realne uczestnictwo najlepiej sprawdza się w grupie względnie małej, nieprzekraczającej wielkości zgromadzenia o charakterze lokalnym. Przypomina o tym Patrycja Satora w swej pracy o Porto Alegre, pisząc, że „wpływ każdego uczestnika na wspólne decyzje jest odwrotnie proporcjonalny do wielkości zgromadzenia”. Z drugiej strony od masowego udziału mieszkańców zależy w dłuższej perspektywie powodzenie budżetu partycypacyjnego. Dużo znaczenie ma jednak też sprawność organizacyjna. Nieumiejętne prowadzenie zebrań może zniechęcać do aktywnego w nich udziału. Zebrania nie mogą być chaotyczne. Wielka liczba uczestników zebrań stwarza pewne trudności organizacyjne. Może zabraknąć czasu na podejmowanie decyzji, jeśli wszyscy zechcą zabrać głos. Są dwa sposoby radzenia sobie z tymi niedogodnościami. Uczestnicy masowych zebrań dzielnicowych mogą się podzielić na mniejsze grupy. W niewielkich grupach łatwiej zorganizować regularną wymianę opinii między uczestnikami. Kryterium podziału może być zainteresowanie szczegółowym zagadnieniem, różnice poglądów lub adres zamieszkania. Drugim punktem porządku obrad zebrania dzielnicowego będzie wówczas przedstawienie wyników debat wewnątrz tych mniejszych grup. Innym sposobem jest organizowanie serii zebrań przygotowawczych, które odbywają się we wspólnotach mieszkaniowych, w gronie mieszkańców jednej ulicy, w zakładzie pracy lub zwoływane są przez stowarzyszenia. W zebraniach dzielnicowych uczestniczą wówczas delegaci, którzy otrzymali ściśle określone pełnomocnictwa od uczestników zebrań przygotowawczych. Jeden delegat jest wybierany na każdych dziesięciu lub dwudziestu uczestników zebrań przygotowawczych, żeby zachować proporcjonalny udział w rządzeniu. Delegaci muszą uzgadniać wszelkie decyzje z ludźmi, którzy ich wybrali. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by osoby nigdzie niestowarzyszone przedstawiały własne propozycje w trakcie zgromadzeń dzielnicowych i tematycznych. W każdym razie ważne jest, aby móc korzystać z jasnych zasad i procedur, które regulują sytuacje konfliktowe lub takie, w jakich nie ma konsensusu. To właśnie od jakości procedur zależy jakość dyskusji: improwizacja i chaos nie sprzyjają partycypacji. Istotnym aspektem realizującej się w małych grupach demokracji uczestniczącej jest możliwość obserwacji poszczególnych uczestników zgromadzeń, ich reakcji na wystąpienia innych. Kształtowane są umiejętności ujawniania i opisywania własnych potrzeb oraz uzgadniania ich z pozostałymi osobami. To odróżnia demokrację uczestniczącą od demokracji bezpośredniej, pozbawionej możliwości wzajemnych oddziaływań, jak w przypadku referendum czy głosowania elektronicznego.

W demokracji bezpośredniej przez referendum społeczeństwo podejmuje decyzje bezpośrednio, ale nie przez wspólne zgromadzenie. Uczestnik referendum działa w osamotnieniu, bez uczestnictwa w dyskusji, zatem jego przemyślenia nie są kształtowane przez dialog. Głosujący pozostaje słuchaczem biernym, nieuczestniczącym w debacie. Przede wszystkim demokracja przez referendum oznacza bezwzględne i dosłowne rządy większości, która zgarnia wszystko, podczas gdy mniejszość wszystko traci. Uzyskujemy w ten sposób systemową tyranię większości, kolejny statystyczny akt masowy. Stąd już blisko do przekonania, że społeczeństwo składa się z odizolowanych jednostek, które nie potrafią dobrowolnie kooperować, a łączy je tylko arytmetyka wyborcza.

Następny problem to zakres spraw objętych procesem decyzyjnym. Przedmiot referendum może być formułowany przez samych obywateli w postaci inicjatywy ludowej, znacznie częściej jednak określany jest przez rządy i parlamenty jako część politycznej strategii. Głosowania dotyczą zwykle konstytucji, ich ratyfikacji bądź zmian. Coraz częściej pojawiają się kwestie związane z przystąpieniem do struktur ponadpaństwowych i ratyfikacją traktatów międzynarodowych, lecz rządy narodowe nie zawsze respektują zasadę równego traktowania obywatelskich preferencji w procesie decyzyjnym. W ten sposób postąpił rząd Danii po ogłoszeniu wyników referendum w sprawie traktatu z Maastricht w 1993 r. oraz rząd Irlandii w kwestii traktatu nicejskiego z 2001 r. – ponawiając głosowanie, kiedy okazało się, że zakładany przez władze rezultat nie został osiągnięty. Nie odnotowano natomiast powtórzenia głosowania w przypadku wyniku zgodnego z oczekiwaniami rządzących. Czasem pod głosowanie poddawane są kwestie związane z obyczajowością: rozwody i aborcja w Irlandii, Szwajcarii, Portugalii oraz we Włoszech. Ogół wyborców głosuje nad kwestiami obyczajowymi, które powinny być rozstrzygane indywidualnie, przez każdą jednostkę w jej własnym sumieniu. W wielu istotnych dla obywateli kwestiach w ogóle rezygnuje się z konsultacji społecznej. Podczas debaty kandydatów na prezydenta Krakowa jesienią 2006 r. jeden z nich, Tomasz Szczypiński, poseł Platformy Obywatelskiej (PO), deklarował poparcie dla propozycji organizowania referendów wśród mieszkańców, jednak na pytanie o plebiscyt w sprawie finansowania z budżetu bezpłatnej komunikacji miejskiej odpowiedział, że nie zgodzi się na podobne głosowanie, ponieważ „samorząd nie jest od robienia prezentów mieszkańcom”. Innym przykładem jest udział w wojnie, nawet tej planowanej przez rządzących z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. To rząd lub parlament, a nie ogół obywateli, podejmuje decyzję, kiedy i w jakiej sprawie społeczeństwo ma zabrać głos. Referenda siłą rzeczy ograniczają więc uczestnictwo obywateli w procesie ustawodawczym do ram określonych przez gremia rządzące.

Pojawiają się także inne zagrożenia. Co najmniej niepokojące są doświadczenia z totalną demokracją bezpośrednią w społeczeństwach tradycyjnych, nawet w skali lokalnej. Dobrym przykładem są indyjskie Panczajaty, gdzie zebraniom ogółu mieszkańców wioski dano prawo rządzenia, sądzenia, kształtowania sumień i egzekwowania nakazów moralnych. Lokalny despotyzm w niczym nie ustępuje tam okropieństwom totalitarnych systemów państwowych. Jest tak, ponieważ nie wytyczono rozsądnej granicy między uprawnieniami demokratycznej wspólnoty a prawem do niezawisłości poszczególnych jednostek.

W demokracji uczestniczącej nie powtórzono tego błędu. Głosowania i negocjacje dotyczą tutaj raczej sfery ekonomicznej i administracyjnej oraz kształtowania najbliższego otoczenia. Przychodząc na zgromadzenie obywatelskie, można ustosunkować się do określonej kwestii w sposób częściowy lub na bieżąco dokonać korekt, co w referendum nie jest możliwe. Do wyjątków należą referenda, podczas których głosujący mają możliwość wyboru spośród większej liczby proponowanych rozwiązań, co przecież jest normą w demokracji uczestniczącej. W systemie tym stworzono mechanizm zapewniający, że głos żadnej grupy nie zostanie ignorowany. Niewiele wspólnego z samorządnością ma bowiem partycypacja ograniczona do respektowania opinii wyłącznie jednej grupy obywateli. Przykładem nierówności obywatelskiej partycypacji była w roku 2006 dyskusja wokół budowy osiedla komunalnego w jednej z dzielnic Krakowa. Wśród dotychczasowych mieszkańców pojawiły się obawy, że ich mieszkania stracą na wartości, a zagrożenie przestępczością wzrośnie. Zaczęły się protesty, zebrano 2 500 podpisów przeciwko planowanej od 2004 r. inwestycji. Konflikt wokół tej lokalizacji zainteresował kandydatów na urząd prezydenta Krakowa. Prezydent Jacek Majchrowski bronił swojej decyzji o lokalizacji osiedla, gdy tymczasem kandydaci prawicy: Ryszard Terlecki (PiS) i Tomasz Szczypiński (PO) ogłosili się rzecznikami dotychczasowych mieszkańców, straszyli powstaniem getta biedy, przypominali o potrzebie konsultacji z wyborcami. W całym tym zamieszaniu zapomniano o osobach bezpośrednio zainteresowanych przyznaniem mieszkań socjalnych. Nikt nie pomyślał o umożliwieniu przyszłym lokatorom wyrażenia własnego zdania na temat miejsca, w którym decyzją władz mają być osiedleni. Żaden z kandydatów startujących w wyborach nie wspomniał nawet o potrzebie takich rozmów, chociaż przez dwa lata od podjęcia decyzji było dość czasu na zorganizowanie spotkań z potencjalnymi lokatorami. Przez dwa lata było również dość czasu, żeby zaplanować spotkanie lub piknik przyszłych lokatorów z zasiedziałymi już mieszkańcami dzielnicy. Podjąć przynajmniej próbę mediacji w celu przełamania uprzedzeń. Czyżby ludzie biedni stali się obywatelami drugiej kategorii, z którymi nie warto rozmawiać? Dodajmy, że po ogłoszeniu wyników wyborów problem przestał interesować lokalnych polityków.

W projekcie partycypacyjnym nie chodzi bynajmniej o to, by na siłę dążyć do osiągnięcia zgody wyrażonej przez wszystkich, co mogłoby prowadzić do zafałszowania obrazu społeczeństwa, lecz o to, aby nikt nie został wykluczony z dyskusji i decydowania o swoim losie. W odróżnieniu od demokracji przedstawicielskiej, wytwarzającej pozorną zgodę społeczną co do kierunków wspólnej polityki lub podsyca konflikty, które można wykorzystać w rozgrywkach pomiędzy różnymi elitami, partycypacja sprzyja ujawnianiu realnie istniejących sprzeczności interesów i konfliktów. Konflikty i różnice interesów nie wykluczają przecież dialogu. Ludzie mogą się spotykać, dyskutować i decydować bez udziału polityków o inwestycjach na terenie swojego osiedla lub całej dzielnicy i miasta. Dochodzi wtedy do bezpośredniej konfrontacji różnych stanowisk, dają o sobie znać wszelkie antagonizmy i aspiracje społeczne. Stąd rozwiązywanie spraw emancypacji poszczególnych grup i zaspokojenia najpilniejszych potrzeb staje się bardziej widoczne jako warunek funkcjonowania społeczeństwa. Należy uznać za naturalne to, iż obywatele są często dla siebie konkurentami, ale istnieją wspólne problemy, które można wspólnie regulować. Wystarczy, że przy rozdziale środków budżetowych oraz w trakcie podejmowania innych decyzji uwzględnia się postulaty i pomysły, które uzyskały poparcie mniejszości. Znajdują one swoje miejsce we wspólnej polityce proporcjonalnie do liczby osób, które wyraziły zainteresowanie ich realizacją, braków w określonym sektorze i liczby mieszkańców żyjących w danej dzielnicy. Jeśli demokracja przedstawicielska stara się, przynajmniej w założeniach, faworyzować pogląd większości, to w demokracji uczestniczącej proces decyzyjny uwzględnia w sposób bardziej kompleksowy złożoność interesów, nadzieje i różnorodne potrzeby społeczne.

Wreszcie, w przypadku demokracji przez referendum pieniądze, mimo założenia równości pozostałych warunków, stanowią czynnik determinujący rezultat bezpośredniego ustawodawstwa. Zebranie podpisów wymaganych do wniosku o referendum czy inicjatywę ustawodawczą, stworzenie efektywnej organizacji dla przeprowadzenia odpowiedniej kampanii, finansowanie akcji propagandowej czy przyciągnięcie uwagi mediów wymaga sporych nakładów finansowych. Na przykład w Szwajcarii, gdzie przeprowadza się najwięcej referendów, podobnie jak podczas kampanii w USA, strona wydająca duże sumy wygrywa 80–90% kampanii. Deformujący wpływ pieniędzy wraz z dyktatem większości stanowią prawdopodobnie najbardziej poważny niedostatek demokracji bezpośredniej realizowanej poprzez referendum. Różne wydatki na kampanię stoją w sprzeczności z demokratyczną formułą „jeden człowiek, jeden głos”. Można w tym miejscu zaryzykować analogię z zebraniem sąsiedzkim czy telewizyjną debatą, gdzie jedna ze stron mogłaby dochodzić do głosu kilka razy częściej niż druga, zawdzięczając to wykupieniu miejsca na podium, opłaceniu mikrofonu lub czasu antenowego. W przypadku braku odpowiedniej przeciwwagi zwiększa się ryzyko manipulacji i niedoinformowania społeczeństwa. Uniemożliwia to obywatelom dokonanie prawidłowej oceny danej sprawy15. Tylko w wyjątkowych sytuacjach słabsi wygrywają z „dużymi pieniędzmi”. W tym kontekście warto zwrócić uwagę na wynik referendów, które zostały zorganizowane pod naciskiem masowych ruchów społecznych. W dniach 1–7 września 2002 r. przeprowadzono w Brazylii plebiscyt w sprawie negocjowania przez ten kraj układu o wolnym handlu Free Trade Area of the Americas (FTAA) oraz utworzenia na terytorium tego państwa amerykańskiej bazy wojskowej w Alcántara. Plebiscyt był inicjatywą wielu organizacji: związku zawodowego Jednolita Centrala Pracujących (CUT), Brazylijskiej Sieci dla Integracji Ludów, Ruchu Ludzi Bez Ziemi (Movimento de los Trabalhadore Sem Terra – MST), pewnej liczby organizacji pozarządowych i partii politycznych. 100 tys. wolontariuszy przez osiem miesięcy prowadziło kampanię informacyjną w sprawie negatywnych następstw ratyfikowania przez rząd wspomnianych propozycji. W rezultacie przytłaczająca większość spośród ponad 10 mln głosujących opowiedziała się przeciw udziałowi rządu w negocjacjach na temat układu stowarzyszeniowego i utworzenia bazy wojskowej. Również meksykański ruch zapatystów udowodnił, że jest w stanie mobilizować wielu ludzi – w marcu 1999 r. w zorganizowanym bez pomocy państwa plebiscycie dotyczącym uznania ludów indiańskich i zakończenia ludobójczej wojny (por el Reconocimiento de los Pueblos Indios y por el fin de la Guerra de Exterminio) wzięło udział 2,5 mln Meksykanów. Rząd Meksyku musiał w związku ze społecznym poparciem dla zapatystów wycofać większość wojsk z regionu Chiapas, uwolnić więźniów politycznych i rozpocząć negocjacje.

Ostatnim problemem są różne szczeble decyzyjne. Jak obywatele mogą uczestniczyć w podejmowaniu decyzji na szczeblach tak różnych geograficznie jak poziom lokalny, krajowy czy europejski? Usprawiedliwieniem demokracji przedstawicielskiej jest oddalenie obywateli od miejsc obrad i podejmowania uchwał: za tym argumentem geograficznym (mało istotnym w przypadku demokracji lokalnej) kryje się argument o wiele poważniejszy, a mianowicie oddalenie kulturowe. Jeśli ograniczy się demokrację uczestniczącą do szczebla lokalnego, ryzykuje się brak szerszego zainteresowania i efekt znany w Stanach Zjednoczonych pod nazwą: „nie w moim ogródku” (Nimby – not in my backyard). A z drugiej strony, czy uczestnictwo nie traci trochę na jakości decyzyjnej w miarę, jak zwiększa się jego zasięg? Czy znajomość realiów i poczucie przynależności lokalnej, które wspierają partycypację na szczeblu miasta, nie tracą trochę na znaczeniu w skali państwowej? Patriotyzm lokalny towarzyszy często demokracji uczestniczącej na szczeblu lokalnym, ale zamiast widzieć w nim zagrożenie dla rozmiarów demokracji uczestniczącej, lepiej potraktować go raczej jako trampolinę. Chodzi tu o takie zorganizowanie dyskusji w mniejszych grupach i wprowadzenie takich procedur, aby mieszkańcy mogli przejść od swojej wiedzy dotyczącej życia codziennego do dyskusji o sprawach obywatelskich, od interesów jednostkowych do interesu społecznego. Przedmiotem obrad mogą być również zagadnienia związane ze spłatą krajowych długów, udziałem w wojnie czy polityką zagraniczną. Narzędzia takie jak regionalny budżet partycypacyjny, międzyregionalne fora delegatów i miejskie konferencje programowe udowadniają w praktyce, że nawet wspinanie się na wyższy szczebel pozwala zachować jakość obrad i motywację obywateli, aby w tym uczestniczyć. To jednakże staje się niemożliwe, jeśli podział kompetencji zachowuje sprawy dotyczące interesu ogólnego dla radnych lub posłów, a dla zwykłych obywateli pozostawia kwiestie dotykające tylko ich samych. Szczeble wyższe w demokracji uczestniczącej nie mogą być organami nadrzędnej władzy nad szczeblami niższymi. Szczeble wyższe powinny być uzależnione od szczebli niższych, gdyż składają się z przedstawicieli działających w granicach wyraźnych dyrektyw i doraźnych upoważnień swoich wyborców. W systemie wielostopniowej partycypacji nie ma w ogóle organów nadrzędnych i podległych. Jest natomiast wyraźny podział zadań i odpowiedzialności. Sprawy o znaczeniu szerszym, wykraczające poza zakres wyłącznych zainteresowań i kompetencji obradującego zebrania mieszkańców, nie są od razu definitywnie rozstrzygane, lecz przekazuje się je (wraz z opiniami i propozycjami obywateli) przez delegata lub radnego do ogniwa wyższego rzędu, gdzie zasiadają przedstawiciele innych samorządów z miasta, regionu czy nawet całego kraju. Przedstawiciel staje się wyrazicielem opinii i woli delegującego go zebrania mieszkańców w radzie miasta lub sejmiku wojewódzkim. Obowiązuje zasada ciągłej możliwości odwołania przedstawiciela. Zebranie mieszkańców ma prawo w dowolnym momencie cofnąć mandat swojemu przedstawicielowi, co jest niezwykle skomplikowaną procedurą w przypadku demokracji pośredniej. W zasadzie każdorazowej odwoływalności przedstawiciela upatrywać należy zabezpieczenia przed korupcją i nadużyciem władzy. Jest to chyba najważniejsze wyzwanie dla demokracji uczestniczącej.

Ideał nie istnieje, jednak opisana forma demokracji wydaje się najlepiej odpowiadać wizji społeczeństwa pluralistycznego, w którym można realizować różne cele i wyznawać różne systemy wartości, a równocześnie nie odbierać innym prawa do swobód i autonomii. […]

Rafał Górski

Tekst ukazał się w książce Rafała Górskiego Bez państwa. Demokracja uczestnicząca w działaniu (Kraków 2007) na licencji Creative Commons – Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska. Przypisy zostały usunięte.

Rafał Górski (1973-2010) − działacz społeczny i demokratyczny, aktywista ruchu związkowego i obrony praw lokatorskich. Autor wielu tekstów popularyzujących idee samorządności, jedna z najważniejszych postaci współczesnego ruchu anarchistycznego w Polsce.