Rozwój społeczeństwa obywatelskiego, rola NGO’sów (organizacji pozarządowych) i wolontariatu – to zagadnienia dziś bardzo modne. Stanowią wręcz podstawę dyskursu dotyczącego problemów społecznych. Dla nas, społeczników zaangażowanych w walkę z neoliberalizmem, organizacje obywatelskie stanowią jeden z ostatnich bastionów, po których straceniu pozostanie już tylko życie na marginesie społeczeństwa z wszelkim, czerwonym i czarnym, politycznym folklorem. Gra zdecydowanie jest więc warta świeczki.

Obywatelskie kolekcjonowanie kaktusów

Podstawowym dążeniem rządzących elit jest zmanipulowanie samego pojęcia społeczeństwa obywatelskiego. Za jego przejawy uznawana jest więc wszelka aktywność w sferze społecznej, niezależnie od tego, kto i w jakim celu ją podejmuje. Jako uczestnik panelu dyskusyjnego podczas targów wolontariatu w Poznaniu zadałem więc przedstawicielom Instytutu Socjologii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, NGO’sów i samorządów lokalnych pytanie: skoro tak, to czy za najbardziej aktywną obywatelsko grupę w Polsce uznają oni kibiców piłkarskich? Przecież kibice – weźmy przykład Lecha Poznań – potrafią określić swoje interesy (promocja klubu, oglądanie meczów, ubarwianie ich, stadionowa konkurencja z fanami innych zespołów), organizować się dla ich realizacji (Stowarzyszenie „Wiara Lecha”), a nawet walczyć o nie z narażeniem zdrowia (bojówka Lecha jest szanowana przez chuliganów w Polsce i zagranicą). Przejęli też dbanie o porządek na stadionie (od lat nie było w Poznaniu zamieszek na trybunach, bojówka trzyma je żelazną ręką, czy raczej pięścią), samofinansują swoje działania (choć dziennikarze „Gazety Wyborczej” wytykają im wymuszanie haraczy na kibicach i klubie). W dodatku, kibice Lecha są pierwszą i jak na razie ostatnią grupą w Polsce, której udało się przeprowadzić zakrojoną na naprawdę szeroką skalę akcję bojkotową (browaru, który przestał sponsorować ich klub, porzucając go na rzecz innego).

Zaproponowałem więc inną definicję – społeczeństwa świadomego swych realnych potrzeb indywidualnych i zbiorowych (przez które rozumiem przede wszystkim, jakkolwiek archaicznie by to nie zabrzmiało, interes klasowy i upodmiotowienie obywateli w procesie demokratycznym), zdolnego do ich artykulacji i realizacji poprzez samoorganizację i – co najważniejsze – wywarcie wpływu na władze publiczne lub tej władzy przejęcie.

Uczestniczący w panelu socjolog z niechęcią przyznał, że może i stosowanie szerszej definicji „obywatelskości” nie jest do końca uzasadnione, ale używając tej zawężonej do działalności stricte publicznej, trzeba dojść do wniosku, że społeczeństwo obywatelskie w Polsce w zasadzie nie istnieje. Muszę się z nim zgodzić – w tym właśnie kierunku Polacy, niestety, bardzo szybko zmierzają. Jeżeli bowiem poziom „obywatelskości” zależałby od tysięcy organizacji w rodzaju stowarzyszeń miłośników kaktusów, istniejących w każdym większym mieście, musielibyśmy uznać sytuację za wręcz doskonałą. Wówczas frekwencja wyborcza nie byłaby tak żałosna jak obecnie, zaś protesty społeczne przybierałyby skalę masową zamiast pojedynczych wybuchów frustracji. Tak jednak nie jest – i może o zachowanie takiego stanu rzeczy właśnie chodzi?

Nie istnieją oczywiście żadne prawne obwarowania, które uniemożliwiałyby rozwój społeczeństwa obywatelskiego. Istnieje za to sporo czynników „miękkich”, zniechęcających „pozarządówkę” do angażowania się w działalność publiczną (utożsamianą z działalnością polityczną). Za najważniejsze z nich uznać należy: mechanizmy przyznawania środków z funduszy dotacyjnych (grantowych), prywatyzację przestrzeni publicznej, politykę lokalową samorządów, dyktat mediów korporacyjnych i zdominowanych przez mainstreamowych polityków mediów publicznych oraz wzorce zachowań przez nie promowane.

Grantem w aktywistę

Wbrew temu, co wydaje się osobom spoza Trzeciego Sektora, zdobycie środków pochodzących z dotacji nie jest wcale proste, a już na pewno – przyjemne. Sama procedura, wypełnianie dziesiątek stron w obawie, że brak jednego podpisu na załączniku nr 25 lub nawet czasem użycie niewłaściwego koloru długopisu (sic!) spowoduje odrzucenie wniosku z przyczyn formalnych (i spowoduje konieczność zwolnienia pracowników organizacji), jest niczym w porównaniu z koniecznością kamuflowania wszelkich przejawów działalności publicznej. Nawet fundusze, wydawałoby się, nastawione na promocję „obywatelskości”, zastrzegają najczęściej, że wszelkie przejawy działalności „politycznej” organizacji ubiegających się o wsparcie, są po prostu zabronione. Wyjaśnię: za działalność polityczną uważa się w tym środowisku każdą działalność publiczną, może poza tzw. strażniczą, polegającą na monitorowaniu działań wybranych instytucji. Dobrym przykładem jest tu Fundacja Edukacja dla Demokracji, która rozdysponowuje pieniądze z MSZ. Po roku „wolnej amerykanki” dopisała ona do regulaminu dla grantobiorców punkt, w którym zabrania nawet zbierania podpisów pod jakimikolwiek petycjami. Można więc prowadzić warsztaty, wydać materiały informacyjne czy zrobić szkolenie, ale już np. kampania na rzecz tego, by rząd przestał płaszczyć się przed korporacjami inwestującymi w Chinach i potępił łamanie praw człowieka w tym kraju – jest niedopuszczalna.

„Wspieranie rozwoju społeczeństwa obywatelskiego” jest deklarowanym celem bodaj wszystkich konkursów dotacyjnych. Realne tworzenie zrębów tego społeczeństwa nie jest jednak mile wskazane – o wiele łatwiej uzyskać środki na warsztaty, szkolenia czy konferencje, niż na faktyczną samoorganizację ludzi, zwłaszcza jeśli jej efekty miałyby choć ocierać się o „politykę”. W ramach działań Stowarzyszenia „Lepszy Świat” przez dwa lata z rzędu staraliśmy się o pozyskanie środków na sprowadzenie do Poznania, w ramach współpracy miast partnerskich, dzieci z palestyńskiego Nablusu, i zorganizowanie dla nich szeregu warsztatów i wydarzeń artystycznych, promując jednocześnie wśród Polaków solidarność z okupowaną Palestyną. Gdy dopominaliśmy się po odrzuceniu naszej aplikacji o uzasadnienie, otrzymaliśmy (oczywiście nieoficjalnie) informację, że projekt ten jest… zbyt nowatorski i niepoprawny politycznie. W momencie pisania tego artykułu dzieci z Nablusu dotarły wreszcie do Polski, niezbędne środki musieliśmy jednak uzyskać z darowizn od sympatyków wolnej Palestyny i z ambasady tego kraju w Polsce. Żadnych funduszy grantowych nie udało się na ten cel otrzymać.

Organizacjom pozarządowym zostaje nieraz jedynie prowadzenie swoistej partyzantki: wykorzystywanie dla podnoszenia świadomości obywatelskiej środków przeznaczonych na działania „neutralne”. W czerwcu tego roku stworzyliśmy w Poznaniu serię zaangażowanych murali (wielkopowierzchniowych malowideł naściennych), korzystając z funduszy pochodzących z wygranego konkursu, ogłoszonego przez Wydziału Kultury i Sztuki Urzędu Miasta. Malowidła na pl. Wolności, enigmatycznie określone w umowie jako „proekologiczne”, stanowią artystyczną wariację na temat nowej strategii promocyjnej miasta i ostrzeżenie przed kontynuacją jego aktualnej polityki, przyzwalającej na niszczenie terenów zielonych przez zabudowę deweloperską.

Pieniądze dla „swoich”

Na straży głównego nurtu stoi jednak przede wszystkim brak przejrzystości samych procedur przyznawania dotacji. W zeszłym roku Wielkopolski Urząd Wojewódzki ogłosił konkurs na warsztaty edukacyjne, dotyczące handlu ludźmi. Gdy złożyliśmy naszą aplikację, skoncentrowaną zgodnie z tematem konkursu na warsztatach, komisja po zebraniu zgłoszeń uznała, że podczas przyznawania środków priorytetowo (oczywiście żadne priorytety nie zostały wcześniej ogłoszone) traktowane będą jednak kampanie medialne. Kiedy zażądaliśmy uzasadnienia faktycznej zmiany samego celu konkursu, w odpowiedzi napisano, że komisja dokonała wyboru priorytetów na podstawie złożonych wniosków. Tak więc równie dobrze zamiast warsztatów dofinansowanie mogła uzyskać wystawa artystyczna czy konkurs muzyczny dla dzieci – jeżeli tylko dany wniosek złożyłaby „odpowiednia” organizacja. Oczywiście droga odwoławcza od decyzji komisji nie istnieje, ponieważ jest ona „niezawisła”.

Na domiar złego, polskie NGO’sy żyją w permanentnym strachu przed utratą głównego źródła finansowania, jakim są dla większości z nich granty na konkretne projekty. Daje to naszym władcom ogromny środek nacisku: krótkie okresy realizacji zadań zlecanych organizacjom (w większości roczne) umożliwiają szybkie i skuteczne karanie niepokornych i sprawiających kłopoty swą „polityczną” postawą. Wystarczy, przy braku jakiejkolwiek społecznej kontroli, ustalić komisjom konkursowym odpowiednie priorytety, czy po prostu… zlikwidować wszystkie te fundusze (poza istniejącymi na mocy ustaw), którymi dana organizacja najbardziej się interesuje. Nic prostszego – pozorna transparentność komisji konkursowych na poziomie miejskim, żywiącym większość organizacji, uniemożliwia otrzymanie rzeczowego uzasadnienia danej oceny. Uzyskać można co najwyżej punktację poszczególnych członków komisji – nikt jednak nie ma obowiązku tłumaczyć się, dlaczego danemu wnioskowi w określonej kategorii przyznał np. 7, a nie 5 czy 9 punktów. Przy problemach ze zwoływaniem komisji i „maszynowością” ich sądów, stwarza to ogromne pole do nadużyć i zemsty na organizacjach czy choćby blokowania „niewygodnych” pomysłów. Podobnie wygląda sytuacja na poziomie centralnym – gdy po odrzuceniu naszej aplikacji przez Ministerstwo Kultury domagaliśmy się uzasadnienia, przepychanki listowne z resortem trwały pół roku, a ostatecznie uzyskaliśmy jedynie informację o ilości punktów przyznanych nam przez komisję. Uzasadnienia dla takiej, a nie innej punktacji, jak i informacji o ilości punktów przyznanych innym organizacjom w tym konkursie, nie udzielono. Jak nam powiedziano w ministerstwie, „o przyznaniu dotacji decyduje pan minister i nawet gdyby komisja dała nam więcej punktów, i tak nie musielibyśmy otrzymać dotacji”. I odwrotnie – pewna organizacja, której wniosek do Funduszu Inicjatyw Obywatelskich został odrzucony ze względów formalnych (sic!) otrzymała jednak dotację, gdyż… minister obiecał jej dofinansowanie przed rozpisaniem konkursu! Nikt oczywiście nie poniósł żadnych konsekwencji.

Co zamiast projektów?

Dotacje instytucjonalne – czyli środki na działalność samej organizacji, a nie na konkretne projekty czy akcje, tylko częściowo rozwiązałyby problem strachu przed „wycinaniem” z konkursów tematycznych. Choć organizacje zyskałyby stabilność, umożliwiającą im stałe zatrudnienie niezbędnej administracji (księgowość, obsługa biura, pozyskiwanie środków na działalność, koordynacja najważniejszych obszarów działania), a przede wszystkim najem pomieszczeń bez obawy, że za kilka miesięcy trzeba się będzie pakować – bez czytelnych procedur oceniania i odwoływania się od tychże ocen, efekt może być niestety niewystarczający.

Przyczyną takiej sytuacji jest m.in. gigantyczne rozdrobnienie organizacyjne. Co drugi uczestnik Trzeciego Sektora chce założyć „swoją organizację”, wielu z nich traktuje je bowiem jako oparte na samozatrudnieniu firmy umożliwiające żerowanie na finansach publicznych. Dodatkowo, zdecydowana większość organizacji nie posiada żadnej misji poza (w najlepszym wypadku) doraźnymi działaniami w celu realizacji partykularnych potrzeb niewielkich grup społecznych.

Wielokrotnie spotykałem się z wypowiedziami, zwłaszcza absolwentów studiów humanistycznych, że mają zamiar „założyć fundację”. Pytani o cel, odpowiadali: „żeby robić szkolenia”… Takie właśnie organizacje zdobywają w Polsce zdecydowaną większość funduszy, często wykorzystując specyfikę konkursów grantowych. Przykładowo, działając w dużym mieście, rejestrują siedzibę w małej wiosce, żeby załapać się na środki przeznaczone na rozwój terenów wiejskich. Rozdrobnienie organizacyjne zdegenerowałoby system dotacji instytucjonalnych podobnie jak ma to obecnie miejsce w przypadku konkursów tematycznych. Nietrudno sobie wyobrazić sytuację, że przy ograniczonych środkach na dotacje instytucjonalne, pieniądze na bardziej stabilną działalność dostają „swoi”, a pozostałe fundusze – wykorzystujące luki prawne i regulaminowe „pozarządowe firmy”. Naprawdę zaangażowane organizacje nie będą mogły nic z tym zrobić, gdyż podobnie jak obecnie, bać się będą represji finansowych: braku szans na instytucjonalny grant na działalność przy następnym rozdaniu.

Czytelne reguły punktacji i transparentne procedury odwoławcze, wraz z rozwojem systemu dotacji instytucjonalnych, są niezbędnym warunkiem stabilizacji Trzeciego Sektora i zmniejszenia jego uzależnienia od przeróżnych układów i układzików, od politycznych po personalne. Warto pamiętać, że np. w komisjach konkursowych na poziomie samorządu zasiadają przedstawiciele NGO’sów – i muszą oceniać aplikacje organizacji, z którymi na co dzień współpracują lub… konkurują! Ograniczoność środków wymusi wówczas konsolidację „pozarządówki” i likwidację tysięcy organizacji o fikcyjnej działalności bądź strukturze, wzmacniając te prawdziwie obywatelskie i uczciwe. Jasne procedury uniemożliwią też częstą obecnie sytuację, gdy przy zmieniających się władzach lokalnych fundusze dla organizacji nienależących do nowego „układu” zostają nagle wstrzymane lub „znikąd” pojawia się w nich kilka kontroli (dziwnym zbiegiem okoliczności, Fundacja Familijny Poznań przeszła istny najazd kontrolerów wkrótce po tym, gdy… posadę w Radzie Miasta stracił jej założyciel).

Wolność – nie dla biednych

Kolejnym strażnikiem prawomyślności NGO’sów jest polityka lokalowa samorządów. W Poznaniu, mieście, w którym na nowy domek dla słoni wydaje się 30 mln zł, a brakuje mieszkań socjalnych dla najbiedniejszych przedstawicieli gatunku ludzkiego, NGO’sy stoją na z góry przegranej pozycji w stosunku do firm komercyjnych. Oczywiście nawet w tym środowisku znajdują się „równiejsi”, zwykle organizacje powiązane bądź z urzędnikami i politykami, bądź ze sponsorującymi kampanie wyborcze biznesowymi grupami nacisku. Stawki preferencyjne są wyjątkiem od reguły i 99% organizacji społecznych zmuszonych jest do rejestrowania swojej działalności w domach prywatnych lub opłacania komercyjnego czynszu.

Od 2005 r. staramy się o większy budynek na centrum społeczne, w którym chcielibyśmy prowadzić bardzo szeroką, niekomercyjną i – co najważniejsze w mieście, gdzie podobna oferta dla ubogich jest znikoma – bezpłatną działalność pomocową, edukacyjną, kulturalną, a nawet sportową. Znalazłoby w nim miejsce również centrum wspierania organizacji pozarządowych i centrum wolontariatu. Nasze kolejne oferty najmu budynków położonych w centrum Poznania, mimo posiadanego przez nas patronatu… prezydenta miasta (objętego przez nieżyjącego już Macieja Frankiewicza) oraz rekomendacji od instytucji i naukowców zajmujących się pomocą społeczną i wykluczeniem, są odrzucane. Przynajmniej dwa z nich stoją puste do dziś – a miasto płaci koszty ich utrzymania z naszych podatków – gdyż nikt za stawki wyśnione przez urzędników Zarządu Komunalnych Zasobów Lokalowych nie chciał ich wynająć. W przypływie szczerości b. dyrektor ZKZL przyznał, że „priorytetem jego instytucji jest osiąganie zysków” i że woli, aby budynek stał pusty, niż wynająć go po stawkach preferencyjnych, nawet „na tak szczytny cel”, gdyż może za kilka, kilkanaście lat ktoś zechce go wykupić.

Dodatkowo, zupełny brak procedur dotyczących np. preferencyjnych stawek najmu sprawia, że przy ubieganiu się o lokal, organizacje prowadzące działalność publiczną stoją na z góry przegranej pozycji w stosunku do NGO’sów niezaangażowanych, mogących się za to pochwalić działaniami na rzecz grup szczególnie „chwytających za serce” – niepełnosprawnych czy dzieci.

Prywatyzacja przestrzeni publicznej i komercjalizacja instytucji publicznych sprawiają, że organizacje spoza establishmentu (czyli inne, niż Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy czy Polska Akcja Humanitarna) nie mają też w praktyce możliwości promocji swoich celów i akcji. W Poznaniu, skrajnie neoliberalnym mieście, stanowiącym ewenement nawet jak na standardy polskie, w centrum nie ma, poza kilkoma małymi tablicami, żadnych miejsc, w których legalnie i bezpłatnie można przyklejać plakaty. Zakaz plakatowania jest oczywiście łamany, są nawet firmy utrzymujące się wyłącznie z tej nielegalnej działalności, z których usług korzystają największe kluby i organizatorzy imprez masowych. Zagrożenie represjami finansowymi dotyka jednak przede wszystkim aktywistów organizacji „zaangażowanych”, zwłaszcza, że zwykle nie stać ich na pokrywanie mandatów czy łapówki. Odcina też możliwości promocji organizacjom młodym (których struktury nie pozwalają jeszcze na wyłonienie grupy plakatowej), trudno też sobie wyobrazić przemykających chyłkiem ulicami staruszków rozklejających plakaty Klubu Seniora.

Nawet instytucje powołane w celu promocji wydarzeń społecznych i kulturalnych (w przypadku Poznania będzie to przede wszystkim Centrum Informacji Miejskiej) bywają barierą dla wolnego przepływu informacji. Nie chcą po prostu wystawiać plakatów darmowych imprez kulturalnych, gdyż… nie sprzedają na nie biletów, a to właśnie sprzedaż jest ich priorytetem. Wielokrotnie zdarzało się, że zanoszone do CIM plakaty informujące np. o bezpłatnych projekcjach filmów dokumentalnych o tematyce antywojennej czy historycznej nie były w nim wystawiane, gdyż całą powierzchnię wystawienniczą zajmowały plakaty promujące koncerty gwiazdek pop.

Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacji jest oczywiście, jak na Poznań przystało, nastawione na osiąganie zysków. Otrzymanie przez organizacje społeczne darmowych powierzchni wystawienniczych na tablicach w autobusach i tramwajach jest więc niemożliwe; uzyskać można co najwyżej rabaty, mimo których ceny usługi przekraczają możliwości mniej zamożnych społeczników. Oczywiście, decyzja o przyznaniu zniżek jest całkowicie uznaniowa i podejmowana nawet nie przez MPK, lecz przez firmę, która zarządza tablicami w tramwajach kupionych za nasze podatki.

1% dla korporacji

Powyższe ograniczenia wpływają także na możliwości pozyskania darczyńców (im bardziej znana jest organizacja, tym szanse na to są większe), w tym również środków z tzw. 1% podatku. Początkowo możliwość przekazywania Organizacjom Pożytku Publicznego 1% swojego podatku uznawana była za szansę na ich uniezależnienie od grantów i dobrej woli urzędników. Mechanizm ten jednak przechodzi tę samą ewolucję, co firmy komercyjne w systemie korporacyjnego neoliberalizmu.

Zdecydowana większość środków zagarniana jest przez nieliczną grupę największych organizacji, posiadających gigantyczne środki na kampanie promocyjne (trzeba pamiętać, że gros środków grantowych jest zabezpieczonych przed możliwościami wykorzystania ich do promocji organizacji jako takiej, a nie konkretnego projektu czy akcji), a przede wszystkim – na tyle „apolitycznych”, że wspierane są w swych kampaniach przez korporacyjne oraz zdominowane przez polityczny mainstream publiczne media.

Brak realnych możliwości dotarcia do opinii publicznej wyłącza w praktyce z mechanizmu 1% organizacje małe oraz te, których działalność jest niewystarczająco poprawna politycznie. Działa tutaj podobny mechanizm, jak w przypadku szans radykalnych partii w wyścigu wyborczym – teoretycznie można przegłosować bogatych, jednak w praktyce przebicie się przez blokadę medialną jest ekstremalnie trudne. Zaangażowane NGO’sy sytuację mają jeszcze gorszą – brak przepisów wykonawczych do Ustawy o pożytku publicznym i wolontariacie sprawia, że nawet zdobycie prestiżowego statusu Organizacji Pożytku Publicznego nie oznacza dostępu do mediów publicznych (gwarantowanego przez ustawę!), który partie – niezależnie od swego programu – jednak mają zapewniony podczas kampanii wyborczej. Konkurencja na „rynku” organizacji pozarządowych wygląda więc tak, jak w kapitalizmie – pozornie wszyscy mają równe szanse, wygrywają jednak zawsze najbogatsi.

Cenzura wiecznie żywa

Jeszcze inną barierą dla organizacji obywatelskich jest cenzura w mediach, która działa na wielu polach, może nawet skuteczniej niż za czasów PRL-u, obejmując przede wszystkim media ogólnopolskie. Świetnym przykładem był zeszłoroczny rajd solidarności z Tybetem, zorganizowany przez „Lepszy Świat”. Wydawać by się mogło, że w sezonie ogórkowym, w dodatku w kraju, w którym mówienie źle o Chinach było w kontekście olimpiady względnie modne, licząca 1000 km trasa z możliwością przelotów dziennikarzy motoparalotniami nad głównymi miastami, będzie kusząca dla mediów. Wystarczyło jednak wspomnieć w materiałach o udziale międzynarodowych korporacji oraz USA i UE we wspieraniu chińskiego reżimu, by żadna ogólnopolska stacja telewizyjna nie zgodziła się na objęcie patronatu medialnego nad akcją.

Media robią jednak o wiele więcej – będąc najważniejszym filarem neoliberalnej socjalizacji, wychowują ludzi do fałszywie pojmowanego zaangażowania i wolontariatu. Nieświadome tłumy zasilają więc szeregi największej darmowej siły roboczej XXI w. – wolontariuszy, bez cienia refleksji, że wspierają w ten sposób dumping socjalny wobec pracowników ośrodków opieki społecznej (niedawno w Poznaniu radny Antoni Szczuciński apelował, by podnieść wypłaty pracownikom Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie, aby… nie zarabiali mniej od swoich podopiecznych). Media kreują też oczekiwania wobec organizacji i pracy, którą ochotnicy chcą wykonywać. Najnowsze badania firmy DGA pokazują, że najwięcej wolontariuszy chce pracować na rzecz dzieci, zaś działania obywatelskie stanowią zupełny margines. Podobnie zresztą wygląda sytuacja z organizacjami korzystającymi z pracy wolontariuszy. Prawie żadne z nich nie tłumaczą im, że system, w którym pomoc społeczna zależy od wspaniałomyślności ludzi, jest wręcz barbarzyński i poza np. zajęciami dla dzieci powinni zaangażować się w ruch obywatelski, by kiedyś ich pomoc nie była niezbędna. Można oczywiście powiedzieć, że media nie tworzą rzeczywistości, lecz jedynie ją odzwierciedlają, ale wystarczy spojrzeć na wspierane przez nie kampanie, jak akcja w obronie Doliny Rospudy czy brutalna nagonka na poprzedni rząd, by zobaczyć, jak wiele od nich zależy.

Co dalej?

Ponieważ wśród narodów świata wyróżniamy się talentem do niekonstruktywnego marudzenia, jak to wokół nas jest źle, warto zaproponować samorządowy program dotyczący tworzenia prawdziwie obywatelskiego społeczeństwa. W odniesieniu do NGO’sów najważniejsze jest zniesienie wymienionych powyżej barier i można to zrobić w dużym stopniu już na poziomie lokalnym. Przede wszystkim konieczna jest zmiana procedur przyznawania grantów (w tym umożliwienie wszystkim chętnym NGO’som uczestniczenia w obradach komisji w charakterze obserwatorów) oraz priorytetów konkursów, właśnie na angażowanie obywateli w życie publiczne i promowanie wiedzy niezbędnej do tego. Dotacje instytucjonalne są możliwe do ustanowienia także na szczeblu lokalnym.

Konieczne jest odzyskanie sfery publicznej – urzędnicy już dziś mogą wyznaczyć bezpłatne miejsca na plakaty na miejskich budynkach i urządzeniach, czy wręcz zakupić dla obywatelskich NGO’sów billboardy. Podobnie tablice w tramwajach i autobusach – poprzez system konkursowy (o czytelnych i uczciwych zasadach), w określonym procencie mogą być przeznaczane wyłącznie na promocję działalności obywatelskiej. Co się tyczy polityki lokalowej, powinno się wdrożyć regulację, na mocy której instytucje zarządzające mieniem komunalnym mają określony czas (np. 1-2 lata) na znalezienie komercyjnego najemcy, a jeżeli nie zgłosi się żaden chętny, lokal czy budynek automatycznie staje się przedmiotem aukcji dla NGO’sów, z symboliczną stawką wywoławczą.

Możliwe jest także włączanie wychowania obywatelskiego do programu nauczania w szkołach. Wystarczy zielone światło z miejskiego Wydziału Oświaty dla prezentacji w szkołach obywatelskich NGO’sów i dodatkowe środki: zamiast na kolejne letnie zajęcia, prowadzone głównie przez organizacje kościelne (bez angażowania młodzieży w działalność obywatelską, za to z codzienną, obowiązkową mszą) – na np. programy wolontariatu obywatelskiego. Zrobić można naprawdę bardzo wiele – trzeba tylko chcieć. Ponieważ jednak społeczeństwo bierne i nieświadome jest marzeniem wszystkich władców, to na nas, społecznikach, leży ciężar zmuszenia ich do tego przez oddolny, obywatelski lobbing.

Powiedziałbym, że stoimy obecnie na instytucjonalnym rozdrożu, które może upodmiotowić społeczeństwo lub tę podmiotowość konsekwentnie tłamsić. Niestety, proces ten już się odbywa i zmierza w bardzo niepokojącą stronę. Wprawdzie nadal istnieją możliwości „grantowej partyzantki”, jednak podejmuje ją niewielu, a jeżeli nic się nie zmieni – 99% organizacji pozarządowych będzie li tylko smutnym wentylem bezpieczeństwa systemu, kanalizując chęć pomocy innym, frustrację i energię społeczną zamiast w konstruktywnych zmianach systemowych – w hodowli kaktusów i organizowaniu konferencji o tym, jak się organizuje konferencje, czy w wolontariacie na stadionach podczas Euro… Nie zmienia to faktu, że Rubikon zniewolenia nie został jeszcze osiągnięty i NGO’sy są jednym z najważniejszych frontów, na których toczy się walka o wolność i faktyczne społeczeństwo obywatelskie.

Marcin Janasik

Tekst ukazał się w 47 numerze magazynu „Obywatel” z 2009 roku.