Wojciech Czabanowski, Błażej Skrzypulec

Zwiększanie udziału obywateli w procesach sprawowania i kontroli władzy powoli staje się tematem modnym. Coraz więcej osób mówi o demokracji bezpośredniej oraz innych mechanizmach partycypacyjnych. Trend taki bez wątpienia należy przyjąć z zadowoleniem. Jednak rozmaite demokratyczne postulaty mogą stać ze sobą w sprzeczności lub nastręczać trudności innego typu. Warto im się przyjrzeć.

Niekontrowersyjnym, jak by się mogło wydawać, projektem partycypacyjnym jest działające w Wielkiej Brytanii narzędzie Fix My Street (FMS). Pozwala ono obywatelom zgłaszać problemy, które zaobserwowali w najbliższym otoczeniu. W efekcie, pojawiają się one na specjalnej mapie. Dostęp do niej mają urzędnicy, których zadaniem jest ich rozwiązywanie. Zgodnie z nazwą – chodzi o problemy techniczne, polegające na tym, że coś zepsuło się lub zostało zdemolowane.

Wprowadzeniem podobnego narzędzia w Polsce zajmuje się Pracowania Badań i Innowacji Społecznych „Stocznia”. W koordynowany przez „Stocznię” projekt zaangażowanych jest wiele organizacji pozarządowych, które współuczestniczyły w opracowywaniu założeń teoretycznych i technicznych. Jednym z nich jest Stowarzyszenie „DoxoTronica”, do którego obaj należymy. Ponieważ jesteśmy szczególnie zainteresowani promocją demokracji bezpośredniej i rozwiązań zwiększających partycypację, regularnie uczestniczyliśmy w pracach przygotowawczych przedsięwzięcia.

Należy zaznaczyć, że w pierwszych fazach projektu nie przesądzano jeszcze, czy tworzone narzędzie będzie sprowadzało się jedynie do mechanizmu raportowania problemów administracji publicznej. W dyskusji pojawiały się głosy za poszerzeniem jego funkcjonalności w stronę umożliwiającą komunikację także w drugim kierunku – aby władze lokalne mogły również pytać się o zdanie obywateli – i inne pomysły. Ostatecznie zdecydowano się na wąską funkcjonalność, choć nie wykluczono w przyszłości działań mających na celu jej poszerzenie.

Choć wszystkim osobom biorącym udział we wspomnianych przygotowaniach zależało na tym samym – stworzeniu efektywnego, demokratycznego narzędzia – to podczas spotkań dały się zaobserwować ciekawe różnice ideologiczne. Między innymi na ich kanwie spróbujemy omówić dylematy, z którymi warto się zapoznać, jeśli jesteśmy entuzjastami radykalnej demokracji. Będziemy odnosić się jedynie do tych problemów, które można określić jako ideologiczne, nie poruszamy natomiast kwestii technicznych, chyba że ich techniczność byłaby wtórna wobec roli politycznej.

Mówiąc najogólniej, w toku prac ujawniło się pięć problemów: (1) czy ważniejsza jest efektywność, czy potencjał społeczny narzędzia; (2) czy narzędzie powinno być oparte o jakieś fundamentalne zasady/wartości, czy też mieć charakter jedynie formalny, zapełniający się dowolnymi treściami, dostarczanymi przez użytkowników; (3) czy narzędzie powinno służyć przede wszystkim deliberacji i wzajemnemu przekonywaniu się, czy też ma ono umożliwiać użytkownikom wyrażanie swojej woli; (4) czy narzędzie powinno przede wszystkim szanować prawo mniejszości do nie bycia wykluczonym, czy też prawo większości do demokratycznego decydowania; (5) jaką wizję wspólnoty powinno realizować narzędzie.

Ponieważ problem pierwszy nie jest specyficzny dla mechanizmów partycypacyjnych, lecz dla wszelkich instytucji, omówimy go zwięźle, pozostałe natomiast rozwiniemy. Nazwaliśmy je czterema dylematami demokracji radykalnej.

Biurokratyczne artefakty kontra przewlekłe procedury

Mechanizm partycypacyjny, jakim jest Fix My Street, wydaje się stosunkowo prosty. W trakcie dyskusji pomiędzy członkami organizacji pozarządowych a przedstawicielami administracji lokalnej na pierwszy plan wysuwały się problemy techniczne. Spośród nich szczególnie istotny wydaje się konflikt pomiędzy efektywnością a potencjałem społecznym wprowadzanego mechanizmu. Przez efektywność rozumiemy to, jak szybko oraz na ile skutecznie rozwiązywane są problemy zgłaszane przez obywateli za pośrednictwem systemu. Pod pojęciem potencjału społecznego kryje się zdolność mechanizmu do rozwiązywania tych problemów, które mają największe znaczenie dla lokalnej społeczności oraz do uczynienia tego zgodnie z preferencjami obywateli. Niestety niejednokrotnie okazuje się, że rozwiązania zwiększające efektywność zmniejszają potencjał społeczny, i odwrotnie – wzrost potencjału społecznego odbywa się przy spadku efektywności.

W przypadku FMS wzrost efektywności można osiągnąć poprzez ustanowienie nadzoru urzędniczego w postaci moderatora. Odrzucałby on postulaty wykraczające poza kompetencje władz lokalnych lub takie, których spełnienie byłoby zbyt trudne, kosztowne itp. Dzięki temu do urzędników docierałyby jedynie te sprawy, które rzeczywiście mogą załatwić sprawnie i w krótkim czasie. Jednak tego rodzaju moderacja mogłaby prowadzić do powstawania „biurokratycznych artefaktów” – zgłaszane postulaty są sprawnie rozpatrywane, jednak rozwiązuje się tylko te problemy, których podejmowanie jest wygodne dla urzędnika, nie zaś najistotniejsze dla obywateli.

Przykładem rozwiązania zwiększającego potencjał społeczny FMS byłoby wprowadzenie narzędzi, które pozwalałyby nie tylko zgłaszać postulaty władzom, ale także na dyskusje między użytkownikami systemu. Wówczas obywatele mogliby wypracować optymalne rozwiązanie problemu lub nawet zorganizować się, aby samodzielnie załatwić ważną dla nich sprawę. Tego rodzaju rozszerzenie narzędzia najprawdopodobniej przyczyniłoby się jednak do spadku jego efektywności. Urzędnicy otrzymywaliby zbyt wiele roszczeń i propozycji rozwiązań, często wzajemnie sprzecznych lub niejasnych co do treści czy zgodności z prawem.

Każdy, kto poważnie myśli o wprowadzeniu mechanizmów partycypacyjnych, musi znaleźć sposób na uzyskanie akceptowalnego kompromisu między efektywnością a potencjałem obywatelskim. Jednak to nie problemy techniczne są głównym przedmiotem naszego zainteresowania. Postaramy się pokazać, że wbrew potocznym skojarzeniom, wprowadzenie nawet prostego mechanizmu w rodzaju FMS wymaga nie tylko rozwiązania problemów technicznych, lecz także dokonania niełatwych wyborów ideologicznych.

Dylemat I: Obiektywne zasady czy prawo do narracji?

Pierwszy dylemat dotyczy tego, czy każda grupa obywateli powinna mieć prawo do udziału w dyskusji oraz wpływ na rozwiązanie dowolnego problemu. Negatywna odpowiedź na to pytanie może przybrać dwie główne formy.

Po pierwsze, można argumentować, że są pewne grupy, które nie powinny być dopuszczone do debaty nad jakąkolwiek sprawą. Za przykład, często spotykany w dyskusjach, mogą posłużyć ugrupowania faszystowskie. Wiele osób uważa, że aby mieć dostęp do udziału w demokratycznych procedurach, trzeba samemu spełnić pewne minimalne kryteria, np. wyrzec się stosowania przemocy fizycznej. Argumentuje się, że demokracja jest możliwa tylko w określonych warunkach – używając skrajnego przykładu, trudno prowadzić demokratyczną dyskusję, gdy nie mamy pewności, czy wygłoszenie jakichś poglądów nie będzie skutkowało zagrożeniem dla naszego życia. Jeśli grupa nie zamierza działać w sposób umożliwiający zaistnienie demokratycznego porządku, to również nie powinna mieć udziału w przywilejach, jakie ten porządek oferuje. Patrząc z tej perspektywy, grupa podważająca fundamenty demokracji nie powinna mieć dostępu do mechanizmów partycypacyjnych, nawet gdy dotyczą, jak w przypadku FMS, kwestii o zasięgu lokalnym.

Przeciwnicy takiej wizji mogliby kontrargumentować, że wyłączenie jakiejś grupy z mechanizmów partycypacyjnych jest zawsze zabiegiem ideologicznym. Punktem wyjścia nie powinny być odgórnie ustanawiane reguły – rzekomo obiektywne, a naprawdę wynikające z partykularnego światopoglądu. Rozpocząć należy raczej od „prawa do narracji”: każda grupa powinna mieć szansę przedstawienia własnych poglądów i podjęcia prób przekonania innych do swojej wizji. Ponadto wykluczając antydemokratyczne ugrupowania z dyskusji przyczyniamy się tylko do ich radykalizacji. Zamiast tego powinniśmy starać się przekonać ich przedstawicieli do zaakceptowania minimalnych zasad umożliwiających debatę.

Możliwa jest także inna forma negatywnej odpowiedzi: pewne grupy powinny być wykluczone z decydowania o pewnych sprawach, ponieważ są np. nazbyt silne i ich udział w dyskusji przesądziłby z góry sprawę albo ponieważ dana grupa jest przyczyną dyskutowanego problemu i jej udział utrudniałby jego rozwiązanie. Możemy wyobrazić sobie sytuację, w której dyskutuje się nad zagospodarowaniem terenu w pobliżu osiedla mieszkaniowego. Jedną z grup interesu są przedstawiciele dużej firmy, chcący w tym miejscu zrealizować inwestycję. Ze względu na posiadany kapitał finansowy, a także wiedzę prawniczą, znajomość technik erystycznych, pełnienie ról związanych z dużym prestiżem, prawdopodobnie będą zdolni do narzucenia mieszkańcom swojej wizji, niekoniecznie najkorzystniejszej z perspektywy dobra wspólnego. Być może należałoby ograniczyć udział takiej grupy w dyskusji i podejmowaniu decyzji?

Weźmy zupełnie odmienny przykład: grupa bezdomnych przesiaduje w pewnym miejscu osiedla, co wywołuje poczucie zagrożenia u większości mieszkańców. Być może sami bezdomni nie powinni mieć równego głosu w dyskusji, gdyż we własnym interesie będą dążyć do utrzymania stanu ocenianego przez większość jako problem?

Ponownie przeciwnicy ograniczenia dostępu do mechanizmów partycypacyjnych mogą użyć argumentów związanych z ideologicznym wykluczeniem i prawem do narracji. Szczególnie narażeni na tego typu wykluczenie będą członkowie grup stojących nisko w hierarchii społecznej, tacy jak bezdomni z przywołanego przykładu. Z nieuzasadnionych merytorycznie powodów traktuje się ich jako przyczynę problemu, a nie jako część jego rozwiązania. Ponadto można twierdzić, że osoby orzekające, kto powinien mieć ograniczony dostęp do procesu decyzyjnego także stanowią grupę interesu. Nie podejmie ona decyzji bezstronnie, lecz mniej lub bardziej świadomie kierując się własnymi poglądami i dobrem.

Niezależnie jaką formę przybiera odpowiedź negatywna, opiera się ona na dwóch przesłankach. Po pierwsze, istnieją obiektywne (lub przynajmniej intersubiektywne) warunki, które trzeba spełnić, aby uczestniczyć w demokratycznej debacie. Po drugie, istnieje możliwość bezstronnego stwierdzenia, które grupy te warunki spełniają. Zwolennicy odpowiedzi pozytywnej zajmują stanowisko, które można by nazwać postmodernistycznym. Ustalenie rzekomo obiektywnych warunków dostępu do debaty jest nieuprawnionym zabiegiem ideologicznym – każdy powinien mieć prawo do przedstawienia własnej narracji, nie ma także „trybunału” zdolnego obiektywnie rozstrzygać, kto takie warunki spełnia, bo rozstrzygnięcie dokona się zawsze z jakiejś światopoglądowej perspektywy i w czyimś politycznym interesie. Tego rodzaju postmodernizm czerpie w dużej mierze z J.-F. Lyotarda koncepcji wielkich i małych narracji wyrażonej w „Kondycji ponowoczesnej” oraz tez na temat nierozwiązywalnych sporów, przedstawionych w „Poróżnieniu”. Z tego punktu widzenia obrońców istnienia obiektywnych zasad i bezstronnych trybunałów można określić jako modernistów.

Dylemat II: Wyrażenie woli czy wzajemne przekonywanie?

Sposób podejmowania decyzji w mechanizmach partycypacyjnych może przyjąć dwie główne formy. Wedle pierwszej, osoby zainteresowane rozwiązaniem problemu wymieniają poglądy i przekonują się do swoich racji, aby ostatecznie wybrać rozwiązanie akceptowalne dla wszystkich lub przynajmniej dla większości. Druga jest prostsza: dyskusja nie ma miejsca, zainteresowani anonimowo głosują na preferowane rozwiązanie, a realizowane jest to, co wybierze najwięcej osób.

Pierwszy, „dyskusyjny” sposób podejmowania decyzji, może intuicyjnie wydawać się bardziej atrakcyjny. Pozwala na zapoznanie się z argumentami strony przeciwnej, zrozumienie cudzych racji, uzyskanie szerszej wiedzy nt. problemu, przezwyciężenie początkowych uprzedzeń, wreszcie na refleksję nad pierwotnym stanowiskiem i jego ewentualną modyfikację.

Można jednak wskazać również wady tego rozwiązania, które nie występują w drugim, prostszym modelu. Model dyskusyjny uprzywilejowuje osoby, które mają wystarczająco dużo czasu na angażowanie się w debaty oraz posiadają odpowiedni kapitał kulturowy, pozwalający atrakcyjnie argumentować na rzecz swoich racji. Poglądy takich osób nie muszą być reprezentatywne dla społeczności. Co więcej, pewne poglądy, choć podzielane przez członków wspólnoty, mogą nie zostać wypowiedziane w dyskusji, gdyż są uznawane za „obciachowe” lub za ich wyrażenie mogą spotkać różne nieprzyjemności. Model zakładający anonimowość unika tego problemu. Idąc dalej, można twierdzić, że sam postulat refleksyjności stanowi wątpliwe narzędzie ideologiczne. Premiuje on poglądy umiarkowane i kompromisowe kosztem zdecydowanych i radykalnych, co nie musi prowadzić do optymalnego rozwiązania danego problemu oraz może wykluczać pewne stanowiska.

Główny konflikt w obrębie tego dylematu wydaje się występować na linii refleksyjność – wola. Zwolennicy modelu dyskusyjnego uważają, że sposób podejmowania decyzji powinien opierać się na przekonaniach odpowiednio przemyślanych i zmodyfikowanych po wysłuchaniu różnorodnych argumentów. Przeciwnicy sądzą, że najistotniejsze jest proste wyrażenie autentycznej woli, a narzędzia wymuszające refleksyjność w rzeczywistości dyskryminują pewne grupy i w ideologicznie podejrzany sposób wpływają na poglądy członków wspólnoty.

Dylemat III: Walka z wykluczeniem czy prawo do decydowania?

Nowoczesne mechanizmy partycypacyjne w naturalny sposób łączone są z użytkowaniem Internetu. Towarzyszy temu napięcie związane z oczekiwaną inkluzyjnością danego narzędzia. Posłużenie się Internetem umożliwia dotarcie w prosty sposób do wielu ludzi, co nie byłoby wykonalne/tanie za pomocą innych narzędzi. Wykorzystanie Sieci automatycznie wyklucza jednak cały szereg grup pozbawionych dostępu do Internetu. Problem nie ogranicza się do wykorzystywania nowoczesnych technologii. Wykluczenie ekonomiczne, informacyjne czy symboliczne to również problem tradycyjnych rozwiązań demokratycznych, takich jak wybory powszechne czy prawo do sądu.

Opisane napięcie jest zazwyczaj rozwiązywane przez wybór nadrzędnych wartości przyświecających przedsięwzięciu oraz określenie tego, o jaką inkluzyjność chodzi. Możliwe są tutaj dwie postawy, a każda daje się scharakteryzować za pomocą pięciu cech.

Dla przyjmujących pierwszą postawę najważniejszą wartością jest walka z wykluczeniem mniejszości. W ramach tej postawy inkluzyjność rozumiana jest synchronicznie – chodzi o to, by w danym momencie dziejowym jak najwięcej podmiotów (optymalnie – wszystkie) miało możliwość udziału w sprawowaniu i kontroli władzy. Postulat synchronicznej inkluzyjności bywa najczęściej realizowany za pomocą mechanizmów mających na celu angażowanie grup wykluczonych lub poprzez rezygnację z prostych, większościowych procedur demokratycznych. Jego konsekwencją antropologiczną jest posługiwanie się takimi konstruktami, jak profilowane za pomocą narzędzi socjologicznych klasy lub grupy. Ponieważ realizowanie postulatu synchronicznej inkluzyjności wymaga rezygnacji z narzędzi, których stosowaniu może towarzyszyć wykluczenie, przedsięwzięcia partycypacyjne opierają się zwykle nie na bezpośredniości, lecz na reprezentacji.

Paradoksalnie, przyjęcie tej postawy skutkuje premiowaniem aktywizmu. Dokonuje się ono na dwóch poziomach. Do angażowania wykluczonych konieczni są ludzie. Ludzie ci posiadają przekonania, które wyrażają się choćby w tym, że zdecydowali się podjąć taką pracę, posiadają oni także własne interesy. Na drugim poziomie premiowany jest aktywizm uczestników – w przedsięwzięciu brać będą udział tylko ci, którzy mają chęci i czas. W odróżnieniu od prostych rozwiązań internetowych, branie udziału np. w spotkaniach dyskusyjnych jest męczące i czasochłonne.

Wreszcie, u podstaw walki z jakimś wykluczeniem leży eksternalistyczny stosunek do sądów i zachowań drugiego człowieka. Eksternalizm rozumiemy tu jako pogląd, że aby przekonanie było uzasadnione, muszą zachodzić pewne fakty zewnętrzne wobec podmiotu żywiącego to przekonanie, o których w ogóle nie musi on wiedzieć. Właśnie eksternalizm umożliwia posługiwanie się pojęciem fałszywej świadomości, jak również zdania typu „oni nie wiedzą, że tak naprawdę potrzebują…”.

Pierwsza postawa daje się zatem określić jako inkluzyjna synchronicznie, posługująca się konstruktami społecznymi, oparta o zasadę reprezentacji, premiująca aktywizm i eksternalistyczna.

Dla postawy przeciwnej najważniejszymi wartościami jest umożliwianie dostępu do władzy każdemu, kto chce w niej uczestniczyć oraz poszanowanie prawa większości do decydowania. Inkluzyjność jest rozumiana diachronicznie – niekoniecznie ważne jest, by w konkretnym momencie każdy mógł rzeczywiście uczestniczyć w danym mechanizmie partycypacyjnym. Inkluzyjność ma się raczej realizować w procesie historycznym – aby krąg ludzi mających dostęp do władzy był systematycznie coraz szerszy.

Najbardziej oczywistym przykładem poglądu opartego o postulat inkluzyjności diachronicznej jest przekonanie, że demokracja parlamentarna powinna być zastąpiona bezpośrednią demokracją internetową. Inaczej niż w przypadku postawy wcześniejszej, niekonieczne jest tutaj posługiwanie się konstruktami społecznymi – atomem jest jednostka, a decyzja dokonuje się przez prostą większość głosów. Inkluzyjność diachroniczna nie obywa się jednak bez innego rodzaju konstruktów – fikcji prawnych. Jeżeli faktycznie nie wszyscy mają dostęp do danego narzędzia lub frekwencja jest rażąco niska, należy posłużyć się fikcją prawną w postaci domniemania, że ci, którzy nie zabrali głosu, zgadzają się na decyzję.

Znów inaczej niż w poprzednim przypadku – przy okazji inkluzyjności diachronicznej nie jest premiowany aktywizm. Wszyscy bierni, mający dostęp do narzędzia, mogą w prosty sposób „kliknąć” wybraną opcję. Próg trudności może być postawiony tak nisko, że domniemanie zgody nieuczestniczących faktycznie bardzo przybliża się do rzeczywistości.

Wreszcie, zwolennicy omawianej postawy to internaliści. Internalizm rozumiemy jako pogląd mówiący, że do uzasadnienia przekonań wystarczą wewnętrzne stany mentalne osoby. Innymi słowy, należy jej wypowiedzi zawsze traktować tak, jakby wiedziała, co mówi i świadomie wyrażała wolę.

Druga postawa daje się zatem opisać jako inkluzyjna diachronicznie, posługująca się konstruktami prawnymi, oparta o zasadę bezpośredniości i prostej większości, nie premiująca aktywizmu i internalistyczna.

Jest jasne, że zwolennicy każdej z alternatywnych postaw uważają się za demokratów – nierzadko radykalnych. Istotą demokracji dla tych pierwszych jest walka z wykluczeniem, dla drugich natomiast prawo większości do decydowania. Obie postawy można określić jako inkluzyjne, jest to jednak odmiennie rozumiana inkluzyjność.

Dylemat IV: Wspólnota kompromisu czy wspólnota postulatu?

Ostatni dylemat związany jest z pojmowaniem wspólnoty. Część stanowisk demokratycznych można określić jako opowiadające się za wizją wspólnoty kompromisu, a część za wspólnotą postulatu.

Wspólnota demokratyczna oparta o kompromis to taka, w której centralnym punktem jest uczestnictwo w powszechnie obowiązujących procedurach, mające na celu wypracowanie stanowiska odpowiadającego wszystkim. W ramach takiej wspólnoty ważne jest, aby dzięki uczestnictwu w procedurach wyzbyć się uprzedzeń i dążyć do realizacji dobra wspólnego, rozumianego jako wypadkowa poglądów poszczególnych jednostek lub rozwiązanie najbardziej umiarkowane. Przynależność do takiej wspólnoty nie będzie się raczej wiązać z silnym zaangażowaniem emocjonalnym. Jedyne, co łączy jej członków, to procedura i dążenie do kompromisu – wszystko inne może ich dzielić. Jakkolwiek wspólnotom takim udaje się często uniknąć wykluczenia wynikającego z przeforsowania decyzji niekorzystnych dla grup mniejszościowych, charakteryzują się one wykluczeniem grup o przekonaniach zdecydowanych lub bezkompromisowych.

Wspólnota demokratyczna oparta o postulat to taka, w której centralnym punktem są podzielane przez wszystkich cele czy wartości. Dla wspólnot tego typu nieistotne jest osiągnięcie kompromisu lub rozwiązania umiarkowanego. Ważniejsze jest wcielanie w życie własnych postulatów, urzeczywistnianie celów czy wartości. Oczywiście, w przypadku wspólnot opartych o postulat(y) łatwiej o zaangażowanie emocjonalne. Wspólnoty takie za istotę demokracji uważają walkę polityczną, nie deliberację.

Charakterystyczne, że wśród współczesnych teoretyków politycznych myśliciele o przekonaniach liberalnych skłonni są popierać raczej model pierwszy, podczas gdy myśliciele lewicowi skłaniają się ku drugiemu.

Demokracja deliberatywna kontra demokracja bezpośrednia

Odmienne odpowiedzi na dylematy II, III oraz IV wydają się być wzajemnie powiązane i tworzyć dwa spójne stanowiska. Po jednej stronie znajdzie się sposób podejmowania decyzji kładący nacisk na refleksyjność, walkę z wykluczeniem i kompromis. Natomiast po drugiej stronie ideologicznej barykady mamy pogląd stawiający na pierwszym miejscu wyrażanie woli, prawo większości do decydowania i budowanie wspólnoty na bazie postulatu.

Dla zbudowania procesu decyzyjnego kładącego nacisk na refleksyjność potrzebne jest zapewnienie reprezentacji mniejszości. W przeciwnym razie osoby biorące udział w debacie nie będą w stanie zapoznać się z szerokim wachlarzem poglądów na daną sprawę. Z drugiej strony, walka z wykluczeniem będzie fikcyjna bez refleksyjnego mechanizmu, gdyż wówczas głosy przedstawicieli grup niszowych pozostaną niezauważone w masie głosujących. Ponadto połączenie tych elementów sprzyja budowie wspólnoty opartej na kompromisie, ponieważ debatujący muszą zwrócić uwagę na wspólne cechy swoich stanowisk, na podstawie których będzie można wypracować stanowisko akceptowalne dla wszystkich. Model łączący refleksyjność, walkę z wykluczeniem i wspólnotę opartą na kompromisie można nazwać demokracją deliberatywną, ze względu na centralną rolę dyskusji i uzgadniania stanowisk między różnymi grupami.

Z kolei nacisk na wyrażanie woli dobrze współgra z prawem większości do decydowania. W takim układzie obywatele głosują opierając się na własnych, nie zrewidowanych opiniach i zostaje podjęta taka decyzja, za którą stały przekonania największej liczby głosujących. Prowadzi to do agonicznego budowania wspólnoty, w którym dzieli się współobywateli wedle schematu „my” (uznający te same postulaty) i „oni” (głosujący odmiennie od nas). Modelowi kładącemu nacisk na wyrażanie woli, prawo większości oraz wspólnotę postulatu można nadać nazwę demokracji bezpośredniej, gdyż podjęta decyzja w niezapośredniczony sposób wynika z poglądów większości głosujących.

Kwadrat demokratyczny

Wobec powyższych rozważań, można powiedzieć, że dysponujemy dwoma podstawowymi kryteriami opisu stanowisk związanych z radykalną demokracją. Pierwsze kryterium wyznaczone jest za pomocą opozycji dylematu pierwszego – obiektywne zasady albo prawo do narracji. Drugie natomiast przez opozycję demokracja bezpośrednia – demokracja deliberatywna. Jeżeli skrzyżujemy te dwa kryteria, okaże się, że mamy zasadniczo do czynienia z czterema typami stanowisk, spośród których każde stanowi jedną z ćwiartek kwadratu demokratycznego.

Modernistyczna demokracja deliberatywna w swojej modernistycznej części pozostaje wierna przekonaniu, że istnieje jakiś obiektywny porządek aksjologiczny, dzięki czemu w jej ramach możliwe jest wykluczenie z debaty publicznej faszystów czy wrogów demokracji. W swojej części deliberatywnej opierać się będzie natomiast na wspólnocie kompromisu i postulacie inkluzyjności synchronicznej.

Stanowisko drugie – postmodernistyczna demokracja deliberatywna – podobne jest do poprzedniego. Jednak brak odwołania do jakiegokolwiek obiektywnego porządku i uznanie prawa do narracji z jednej strony uniemożliwiają wykluczenie faszystów, z drugiej zaś zapewniają pełniejszą reprezentację różnorodnych poglądów.

Modernistyczna demokracja bezpośrednia odwołuje się do obiektywnych zasad, ale realizuje postulat inkluzyjności diachronicznej, a także opiera się na mechanizmach podejmowania decyzji większością głosów.

Wreszcie stanowisko czwarte – postmodernistyczna demokracja bezpośrednia – nie odwołuje się do żadnego obiektywnego porządku, opiera się na mechanizmach podejmowania decyzji większością głosów oraz stanowi najpełniejszy wyraz manifestacji woli.

Należy również dodać, że stanowisko pierwsze wydaje się najkosztowniejsze i najbardziej czasochłonne w realizacji oraz oparte o najbardziej rozbudowane konstrukty społeczne. Dzieje się tak, ponieważ konieczne jest uzasadnienie danych mechanizmów deliberacji (konstrukty) oraz późniejsze ich realizowanie (koszty i czas).

Stanowisko czwarte jest najprostsze i najtańsze w realizacji (wystarczą proste głosowania), wymaga jednak oparcia o najbardziej rozbudowane fikcje prawne.

Co przyniesie przyszłość?

Wydaje się, że dzisiejsze spory toczące się wokół dychotomii lewica – prawica lub trychotomii socjaliści – konserwatyści – liberałowie, będą musiały ustąpić sporom bardziej fundamentalnym. Mianowicie takim pomiędzy postępowymi zwolennikami demokracji radykalnej a konserwatystami spod znaku demokracji przedstawicielskiej. Warto jednak zauważyć, że nawet pośród radykałów możliwe są różnice wynikające z zasadniczych podziałów ideologicznych, które być może będą stanowiły najważniejsze podziały demokratycznej sceny politycznej w przyszłości.

Wojciech Czabanowski, Błażej Skrzypulec

Tekst ukazał się w kwartalniku „Nowy Obywatel” nr 4 (55)/2011