Szkoła podstawowa jakich wiele, pierwsze w nowym roku zajęcia z wychowawcą klasy. Konsternacja i zakłopotanie: nikt nie chce się zgłosić do klasowego samorządu. W końcu nauczycielka zwraca się do najlepszego ucznia: „To może ty, Jasiu?”. Ponieważ trudno się sprzeciwić, po chwili udaje się „wybrać” także zastępcę i skarbnika. Już od małego uczymy się, że w demokracji najważniejsze jest zachowywanie pozorów. Być może jednak da się inaczej?

Znaczna część polityków i ekspertów, zamiast przemyśleć wyniki niedawnego irlandzkiego referendum, głowi się, jak obejść sytuację, w której głos ludu przemówił nie tak, jak trzeba. Czy każde wzmocnienie instytucji europejskich nie oznacza w istocie osłabienia głosów demokratycznych, wysłuchiwanych przecież tylko w obrębie państw narodowych? Obywatele wyczuwają ten paternalizm. Znów mają ratyfikować coś, w czym nie brali udziału. Rząd zapowiedział jednak, że tym razem nie będzie powtarzał referendum do skutku – aż naród powie wreszcie „tak”. A czy Irlandczycy, ten mały naród buntowników, nie są jedynymi w całej Europie, których w ogóle pyta się o zdanie? – celnie zauważył Jürgen Habermas.

Patrząc z perspektywy dziejów, demokracja ma się nieźle. Nawet w starożytnej Grecji, która dla wielu stanowi wzorzec „prawdziwej demokracji”, jedynie garstka wybranych brała udział w podejmowaniu decyzji – pozbawieni głosu byli liczni wówczas niewolnicy oraz wszystkie kobiety. Dziś obywatele mają całkiem sporo okazji do wyrażania opinii. Problem w tym, że zapewnienia o postępującej „demokratyzacji” są coraz bardziej nachalne, tymczasem w wielu przypadkach świadomie rezygnuje się z okazji do wysłuchania społeczeństwa. „Władzę ludu” ogranicza się do sporadycznej demokracji przedstawicielskiej, choć przecież nie wyczerpuje ona możliwości kryjących się w tej idei. W czasach, gdy cały Zachód uznaje ją za fundament ustroju politycznego, wiele instytucji i decyzji jest demokratycznych tylko z nazwy, a sama jej istota rzadko kiedy poddawana jest głębszej refleksji.

Dlatego cieszy, iż podejmująca taką tematykę książka „Grupy planowania w społeczeństwie obywatelskim” ukazała się także po polsku. Jej autor, prof. Peter C. Dienel, poświęcił wiele lat życia na stworzenie nowatorskiego modelu, który społeczeństwu oddaje władzę, a wcześniej głos. Obietnicę, że naród może brać udział w rządzeniu państwem, zawartą w etymologii słowa „demokracja”, zdaniem autora może pomóc urzeczywistnić model „komórki planującej”. Jest on odpowiedzią na konkretny problem, który Dienel streszcza w trzech słowach: „państwo jest chore”. Urzędnicy lekceważą petentów (już samo to określenie stawia ich w pozycji podległej), a w polityce temat reelekcji jest dla polityków pierwszoplanowy, długoterminowe interesy społeczeństwa podejmowane są jedynie w sferze werbalnej. Tymczasem w wyznaczaniu i realizowaniu celów, myślenie długofalowe jest niezbędne. Choć jednostki są omylne, ich współpraca daje szansę, by z czasem dochodzić do optymalnych rozwiązań. Dzisiejszy obywatel musi zostać wciągnięty do działania w całym możliwym dla niego zakresie, jako zdolny do współmyślenia i do współdecydowania – przekonuje prof. Dienel.

Jak to zrobić? Po pierwsze, „wciągnięcie” w działania musi być dobrowolne, zgodne z naturą demokracji i prawem do wolności osobistej. Stąd jako pierwszy krok do „demokratycznej rewolucji” Dienel wymienia problem wychowania i edukacji. Bierność i obojętność są legitymizacją „nicnierobienia” polityków lub działań niezgodnych z oczekiwaniami społeczeństwa. Nawet świetnie wykształcony człowiek nie stanie się dobrym obywatelem bez nauki życia w demokratycznym społeczeństwie. Edukacja daje szansę, by praca na rzecz społeczeństwa (a zarazem samego siebie!) nie była przymusem, lecz odbywała się chętnie i twórczo. Poza zwolennikami skrajnego indywidualizmu, każdy powinien być w stanie zrozumieć i uszanować to, iż społeczeństwo go ukształtowało – bez niego nie byłby pełną osobą.

Choć edukacja jest niezbędna, to jednocześnie zdaniem autora pozostaje dalece niewystarczająca wobec faktu, że poszczególne demokratyczne instytucje nie spełniają swoich celów. Ogólne oczekiwania, jakie w naszym społeczeństwie stawiane są wobec postępowania decyzyjnego, możemy określić za pomocą podstawowych pojęć i przesłanek: wyczerpującego poinformowania uczestników, dostatecznej motywacji do uczestnictwa, odporności na naciski grup interesów, odporności na specyficzne zainteresowania uczestników procesu decyzyjnego – wyjaśnia. Dienel wymienia takie formy działania jak administracja, parlament, partia, plebiscyt, demoskopia, kolegia doradcze, inicjatywy obywatelskie oraz planowanie obrończe. Każda z nich spełnia pewne warunki z wyżej wymienionych, lecz inne już nie (np. wybory obejmują wszystkie grupy społeczne, lecz nie motywują do uczestnictwa). Dlatego, choć nie należy ich eliminować z życia publicznego, lecz przeciwnie – pielęgnować i ulepszać, wymagają one koniecznego uzupełnienia. W ten sposób dochodzimy do meritum pomysłu autora.

Model „komórki planującej” ma na celu przede wszystkim poprawę jakości decyzji ważnych społecznie oraz otwarcie obywatelom szerokich możliwości uczestnictwa w ich podejmowaniu. W największym skrócie, komórka planująca jest grupą obywateli, wybranych na zasadzie przypadku i na pewien ograniczony czas. Grupa ta na czas pełnienia tych obowiązków jest wynagradzana i zwalniana ze swych zawodowych obowiązków. Grupa ta musi być informowana z różnych źródeł i pracować pod kierunkiem osób prowadzących proces planowania. Celem pracy grupy jest opracowywanie rozwiązań problemów społecznych. W dyskusji nad tym modelem najczęściej mówi się o 25 osobach, wybranych na cztery dni, koordynowanych przez dwie osoby prowadzące. Grupa bywa uzupełniona ekspertami lub przedstawicielami innych podmiotów, których dotyczą dyskutowane zagadnienia, np. firm.

Dwie kwestie zawarte w powyższej definicji wydają się być szczególnie istotne. Po pierwsze, przypadkowy wybór uczestników, podobny w swojej istocie do instytucji ławy przysięgłych w sądownictwie krajów anglosaskich. Stanowi on przeciwieństwo choćby inicjatyw obywatelskich, w których działają ci, którzy chcą, mają ku temu predyspozycje i możliwości (np. czas) – często po prostu osoby z klasy średniej, których bezpośrednio dotyczy dany problem. Dienel podaje przykład forum obywatelskiego w Düsseldorfie, gdzie na 400 osób biorących udział, było obecnych 200 architektów i planistów; należy więc przypuszczać, że w przypadku takiego »obywatelskiego postępowania« wystąpi z pewnością zachwianie równości przedstawiania interesów. Wybór losowy likwiduje te problemy, gdyż każdy ma podobne szanse uczestnictwa w działaniach danej komórki planującej. Daje jednocześnie szansę na realizację konstytucyjnej zasady, że każdy ma prawo uczestniczyć w podejmowaniu decyzji dotyczących państwa. Pozwala także, poprzez konfrontację z innymi, rozwiązać konflikty dotychczas „zawieszone” (przemilczane, marginalizowane, omawiane tendencyjnie itp.), np. etniczne czy pokoleniowe. Ważny jest też aspekt tworzenia więzi społecznych – udział w takim przedsięwzięciu pomaga lepiej poznać współmieszkańców, czasem nawet nawiązać dłuższe znajomości. Dienel, badając istniejące komórki planujące, często spotykał się z opiniami uczestników, że wspólne działania, nastawione na jakiś konkretny cel, były jednocześnie wartościowe także pod względem czysto towarzyskim.

Równie istotne jak losowy wybór jest ograniczenie uczestnictwa w danym projekcie komórki planującej do określonego czasu oraz przyznanie wynagrodzenia za udział. Ograniczenie czasowe, do np. czterech dni, podczas których odbywają się codzienne spotkania, nie powinno uniemożliwić wyrobienia opinii na dany temat. Zabezpiecza jednocześnie przed próbami zbijania kapitału politycznego – nie ma powodu, by ktoś próbował obiecywać więcej niż może dać, byleby tylko zostać wybranym ponownie, gdyż jest to niemożliwe. Tak samo jak skrócenie czasu obrad komórki, które muszą trwać tak długo, jak wstępnie ustalono, aby nie było sytuacji, że robi się coś „na szybko”, byleby wcześniej skończyć. Natomiast wynagrodzenie, wraz z ustawową gwarancją usprawiedliwienia nieobecności w pracy, ma dawać motywację do działań w komórce planującej, choć niekoniecznie materialną. W przebiegu procesu zostało stwierdzone, że funkcja wynagrodzenia ma większe znaczenie w wymiarze prestiżowym niż w sensie czysto finansowym. W społeczeństwie pozytywniej oceniane są działania opłacane – stając się tym bardziej „znaczące” – przekonuje autor.

Kiedy już grupa się zbierze, potrzeba jeszcze osób towarzyszących procesowi rozwiązywania problemu. Przede wszystkim moderatora i asystenta, którzy muszą zorganizować spotkanie (godzina, data, miejsce), wyjaśnić cele i obowiązki, zadbać o usprawiedliwienie absencji w pracy, ewentualnie na początku wesprzeć osoby słabiej się integrujące w grupie. Oprócz tego jest jeszcze planista, czyli specjalista odpowiedzialny za pomoc w zebraniu materiałów dotyczących omawianego zagadnienia, pośredniczący w rozmowach z urzędem lub instytucjami, w miarę możliwości służący wyjaśnieniami i radami. Można oczywiście powyższe reguły modyfikować, aby były optymalne w danej sytuacji. Przykładowo, nie ma przeszkód, by w komórce planującej uczestniczyli też mieszkańcy z innego regionu czy nawet kraju (gdzie np. omawiany problem miał miejsce już wcześniej). Równie wartościową odmianą wydaje się symultaniczność spotkań komórek planujących. Polega na tym, że dwie lub więcej komórek organizuje posiedzenia w zupełnie innych miejscach i składach, lecz obradują nad tymi samymi zagadnieniami. Tak zebrane dane tworzą bardziej kompleksową analizę problemu. Jest to jedna z największych zalet modelu komórki planującej – szerokie możliwości przenoszenia dyskusji nad określonym problemem z jednego posiedzenia na drugie, z jednej dzielnicy na drugą itd. Jak pisze Dienel, pogłębia to racjonalność planowania, zwiększa legitymizację opinii i poszerza możliwości partycypacji obywateli.

Wykorzystanie modelu komórki planującej możliwe jest w dowolnej skali – dotyczyć może dzielnicy, miasta, państwa, a nawet kontynentu. I zawsze można dostrzec istotne efekty dla uczestników tej formy. Przede wszystkim żąda się od obywateli wypełniania całego szeregu funkcji, jakie jedynie przez przejęcie określonych nastawień i zachowań będą mogły zostać wypełnione. Prowadzi to do obywatelskiej aktywności, umożliwia wpływ na decyzje państwa i miasta poprzez jasno wyrażone opinie.

Kolejną zaletą komórek planujących jest to, że skutecznie socjalizują ludzi. Oglądanie obrad sejmu w telewizji, a nawet pójście na wybory, w minimalnym stopniu służy edukacji obywatelskiej. Autor książki wskazuje, że udział w komórce planującej wyrabia umiejętności wyartykułowania swoich oczekiwań i potrzeb, perspektywicznego (długofalowego) myślenia w interesie ogółu, a także uczy zaufania do systemu i daje możliwości zdobycia wiedzy o funkcjonowaniu administracji. Przede wszystkim jednak sprawia, że ludzie bliscy sobie (ponieważ to jedna dzielnica czy miasto), zaczynają rozmawiać o sprawach ważnych dla siebie i swojej społeczności.

Niestety, proponowany przez Dienela model często natrafia na opór ze strony polityków. „Zawodowi obywatele” czują się dotknięci, co objawia się w postawie zachowawczej i poczuciu zagrożenia. Zamiast wspierać takie inicjatywy, stawiają jej opór, często nawet agresywny – np. gdy Ségolène Royal chciała zastosować komórki planujące do kontroli posłów, została oskarżona o próby wprowadzenia… maoizmu.

Zatem dobrze, że w Polsce pojawiła się taka książka. Nie zmienia tego faktu niezbyt staranna edycja: znaczna liczba błędów redakcyjnych, literówek (np. Betoven), a także zdań, które każą przypuszczać, iż również tłumaczenie nie jest pozbawione wad. Lepsze mogłyby być wizualne aspekty książki, począwszy od okładki i układu rozdziałów. Irytuje szczątkowa bibliografia, utrudniająca dotarcie do części cytowanych pozycji.

Warto jednak przymknąć oczy na te niedoskonałości, tak jak i na to, że książka „Grupy planowania w społeczeństwie obywatelskim” momentami sprawia wrażenie „instrukcji obsługi komórki planującej”. Poza mało atrakcyjną formą jest bowiem także treść, pełna humanizmu, podziwu dla człowieka, ale wolna od utopii. Dienel nie twierdzi, że człowiek zawsze czyni dobrze, jest racjonalny i potrafi doskonale radzić sobie z życiem osobistym i społecznym. Jego projekt zakłada po prostu, że człowiek może decydować o sobie i że potrafi przy tym się uczyć. Nawet jeżeli popełnia błędy, to zwykle wynosi z nich naukę na przyszłość, gdyż na własnej skórze odczuwa, co zrobił źle. To zupełnie inaczej niż w przypadku błędów popełnianych przez aparat państwowy.

Koncepcja komórki planującej nie jest lewicowa ani prawicowa, liberalna ani socjalna. Jest demokratyczna czy po prostu ludzka, ponieważ stanowi narzędzie, które może być wykorzystane tak, jak zechcą sami członkowie społeczeństwa. Jeżeli mieszkańcy dzielnicy chcą mieć pod blokiem hipermarket – to ich problem. Gdy preferują park, należy się z tej decyzji cieszyć. Oba rozwiązania warto jednak uszanować. Lepsze to niż sytuacja, w której chcą parku, a i tak powstanie hipermarket… To współdecydowanie o sobie, wyniesione z tego, co często utożsamiamy z liberalizmem, wspaniale współgra z drugą stroną medalu, czyli świadomością, iż żyjemy w danym społeczeństwie, bez możliwości „wypisania” się z niego. Dienel godzi te dwa paradygmaty. Choć brzmi to górnolotnie, jesteśmy zarówno podmiotami, jak i przedmiotami. Kształtujemy świat, ale i on kształtuje nas.

Nie należy przy tym myśleć o modelu komórki planującej jako o czymś abstrakcyjnym, inspirującej utopii. Książka skupia się na konkretach, napisana jest „technicznie”, skąd bierze się jej niewielka objętość (niespełna 120 stron). Jest to jednak instrukcja, którą próbuje się wcielać w życie w różnych miejscach świata, począwszy od pionierskiego projektu z 1975 r., gdy osiem komórek planujących powołano w miastach Hagen, Wuppertal i Remscheid. Kolejne próby pojawiały się z upływem lat, choć niestety nieregularnie. Wymienić można choćby „całodzienne grupy komórek planujących” z USA z roku 1985. W Tokio, po pierwszych próbach zastosowania komórek planujących, przedstawiciele władz wyrazili zainteresowanie rozwijaniem tej formy partycypacji społecznej. W Europie szczególnie aktywna w stosowaniu komórek planujących jest Hiszpania, na czele z Andaluzją. W kraju Basków od początku lat 90. korzysta się z opinii komórek planujących – i to w bardzo istotnych kwestiach, jak np. lokalizacja autostrad. Również Unia Europejska obejmuje swoim patronatem komórki planujące, co prawda dość rzadko; warto odwiedzić choćby stronę internetową www.citizenspanel.eu, gdzie znaleźć można raport dotyczący roli obszarów wiejskich w Europie, stworzony na podstawie obrad komórek planujących, w których brało udział ok. 400 osób z 10 europejskich regionów.

Mimo że wątek ten w mediach pojawia się bardzo rzadko, a większość polityków tematu tego nie porusza wcale (bo nie jest im to na rękę lub po prostu nic o nim nie wiedzą), to jednak komórki planujące powstają od lat i stosowane są do bardzo różnych zagadnień – to na podstawie tych doświadczeń powstała książka. Niestety, to wciąż rzadkość, natomiast w Polsce chyba jeszcze nigdy tego typu procedur nie stosowano. Nic dziwnego, że mniej niż co trzeci Polak uważa, że ma wpływ na sprawy kraju (a tylko 4% jest o tym przekonanych!), a niewiele więcej jest osób mających poczucie wpływu na sprawy lokalne (39%). Wypada zatem wierzyć, iż komórki planujące pojawią się również w Polsce i będą faktyczną szansą współdecydowania obywateli o sobie.

Bartłomiej Grubich

Peter C. Dienel, Grupy planowania w społeczeństwie obywatelskim, PPH exall, Łódź 2008, przełożyła Krystyna Nurkowska. Książkę można nabyć w sprzedaży wysyłkowej: Express Poligraficzny Ryszard Jakubczak, ul. Wólczańska 139, 90-525 Łódź, tel. 42 369036, e-mail: exall@finn.pl

Tekst ukazał się w magazynie „Obywatel” nr 5 (43)/2008